Bolesław Prus: Lalka. ROZDZIAŁ SIÓDMY:POD JEDNYM DACHEM. W tej samej porze, kiedy Wokulski z panią Wąsowską kłócił się albo galopował po łące, z majątku hrabiny do Zasławka dojeżdżała panna Izabela. Wczoraj otrzymała od prezesowej list, wyprawiony przez umyślnego posłańca, a dziś na wyraźne żądanie swej ciotki Izabela przychylniej myśli o Wokulskim, ale widzi w nim tylko doradcę i powiernika. 15. I. W jaki sposób duszę ludzką szarpie namiętność, a w jaki rozsądek: Wokulski otrzymuje zaproszenie na obiad od łęckich i rozmyśla, co ono dla niego znaczy. 16. II. Ona – on – i ci inni: Obiad u Łęckich, plany wyjazdu do Paryża. 17. III. odpowiedzi: 0/20. Poniewaz kazda lalka szyta jest recznie i drugiej takiej identycznej nie ma, roznia sie wysokoscia. poniewaz zakochal sie w eckiej. Odpowiedz: c Komentarz: Lalka na wzor wielkich dramatow romantycznych realizuje wzor kompozycji otwartej. W prawym gornym rogu pytania wybierz. jego wartosc punktowa. Izabela jest bohaterką powieści Bolesława Prusa Lalka. Ta dwudziestokilkuletnia panna jest córką Tomasza Łęckiego. Jej dziadek posiadał wielki majątek, który jednak, ze względu na wydarzenia polityczne i zbyt wystawny sposób życia, został całkowicie roztrwoniony przez ojca. Bohaterka jest arystokratką przyzwyczajoną do wszelkich wygód i luksusów. Gdy sytuacja finansowa na to Lalka - rekonstrukcja filmowa, Oglądaj na TVP VOD. Odtwórz. 1977Polska. Zrekonstruowana cyfrowo wersja serialu nakręconego na podstawie powieści Bolesława Prusa o tym samym tytule. Majętny kupiec Stanisław Wokulski, właściciel sklepu galanteryjnego, zakochuje się w Izabeli Łęckiej, pięknej córce zrujnowanego arystokraty. więcej. Vay Tiền Online Chuyển Khoản Ngay. IX. Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów. W Wielki Piątek, zrana, Wokulski przypomniał sobie, że dziś i jutro hrabina Karolowa i panna Izabela będą kwestowały przy grobach. „Trzeba tam pójść i coś dać — pomyślał i wyjął z kasy pięć złotych półimperyałów. — Chociaż — dodał po chwili — posłałem im już dywany, ptaszki śpiewające, pozytywkę, nawet fontannę!... To chyba wystarczy na zbawienie jednej duszy. Nie pójdę“. Po południu jednak zrobił sobie uwagę, że może hrabina Karolowa liczy na niego. A w takim razie nie wypada cofać się, lub złożyć tylko pięć półimperyałów. Wydobył więc z kasy jeszcze pięć i wszystkie zawinął w bibułkę. „Co prawda — mówił do siebie — będzie tam panna Izabela, a tej nie można ofiarowywać dziesięciu półimperyałów“. Więc rozwinął swój rulon, znowu dołożył dziesięć sztuk złota i, jeszcze namyślał się: iść, czy nie iść?... — Nie — powiedział — nie będę należał do tej jarmarcznej dobroczynności. Rzucił rulon do kasy i w piątek nie poszedł na groby. Ale w Wielką Sobotę sprawa przedstawiła mu się całkiem z nowego punktu. „Oszalałem! — mówił. — Więc jeżeli nie pójdę do kościoła, gdzież ją spotkam?... Jeżeli nie pieniędzmi, czem zwrócę na siebie jej uwagę?... Tracę rozsądek...“ Lecz jeszcze wahał się i dopiero około drugiej po południu, gdy Rzecki z powodu święta kazał już sklep zamykać, Wokulski wziął z kasy dwadzieścia pięć półimperyałów i poszedł w stronę kościoła. Nie wszedł tam jednak odrazu; coś go zatrzymywało. Chciał zobaczyć pannę Izabelę, a jednocześnie lękał się tego i wstydził się swoich półimperyałów. „Rzucić stos złota!.. Jakieto imponujące w papierowych czasach i — jakie to dorobkiewiczowskie... No, ale co robić, jeżeli one właśnie na pieniądze czekają?... Może nawet będzie zamało?...“ Chodził tam i napowrót po ulicy naprzeciw kościoła, nie mogąc od niego oczu oderwać. „Już idę — myślał. — Zaraz... jeszcze chwilkę... Ach, co się ze mną stało!... — dodał, czując, że jego rozdarta dusza nawet na tak prosty czyn nie może zdobyć się bez wahań. Teraz przypomniał sobie: jak on dawno nie był w kościele. — Kiedyżto?... Na ślubie raz... Na pogrzebie żony drugi raz... Lecz i w tym i w tamtym wypadku nie wiedział dobrze, co się koło niego dzieje; więc patrzył w tej chwili na kościół, jak na rzecz zupełnie nową dla siebie. „Coto jest za ogromny gmach, który zamiast kominów ma wieże, w którym nikt nie mieszka, tylko śpią prochy dawno zmarłych?... Naco ta strata miejsca i murów, komu dniem i nocą pali się światło, w jakim celu schodzą się tłumy łudzi?... Na targ idą po żywność, do sklepów po towary, do teatru po zabawę, ale poco tutaj?...“ Mimowoli porównywał drobny wzrost stojących pod kościołem pobożnych, z olbrzymiemi rozmiarami świętego budynku i przyszła mu myśl szczególna. Że jak kiedyś na ziemi pracowały potężne siły, dźwigając z płaskiego lądu łańcuchy gór, tak kiedyś w ludzkości istniała inna niezmierna siła, która wydźwignęła tego rodzaju budowle. Patrząc na podobne gmachy, możnaby sądzić, że w głębi naszej planety mieszkali olbrzymowie, którzy, wydzierając się gdzieś w górę, podważali skorupę ziemską i zostawiali ślady tych ruchów w formie imponujących jaskiń. „Dokąd oni wydzierali się? Do innego, podobno wyższego świata. A jeżeli morskie przypływy dowodzą, że księżyc nie jest złudnym blaskiem, tylko realną rzeczywistością, dlaczego te dziwne budynki nie miałyby stwierdzać rzeczywistości innego świata?... Czyliż on słabiej pociąga za sobą dusze ludzkie, aniżeli księżyc fale oceanu?...“ Wszedł do kościoła i zaraz na wstępie znowu uderzył go nowy widok. Kilka żebraczek i żebraków błagali o jałmużnę, którą Bóg zwróci litościwym, w życiu przyszłem. Jedni z pobożnych całowali nogi Chrystusa, umęczonego przez państwo rzymskie, inni, w progu upadłszy na kolana, wznosili do góry ręce i oczy, jakby zapatrzeni w nadziemską wizyą. Kościół pogrążony był w ciemności, której nie mógł rozproszyć blask kilkunastu świec płonących w srebrnych kandelabrach. Tu i owdzie, na posadzce świątyni, widać było niewyraźne cienie ludzi leżących krzyżem albo zgiętych ku ziemi, jakby kryli się ze swoją pobożnością pełną pokory. Patrząc na te ciała nieruchome, można było myśleć, że na chwilę opuściły je dusze i uciekły do jakiegoś lepszego świata. „Rozumiem teraz — pomyślał Wokulski — dlaczego odwiedzanie kościołów umacnia wiarę. Tu wszystko urządzone jest tak, że przypomina wieczność“. Od pogrążonych w modlitwie cieniów, wzrok jego pobiegł ku światłu. I zobaczył w różnych punktach świątyni stoły okryte dywanami, na nich tace pełne bankocetli, srebra i złota, a dokoła nich damy siedzące na wygodnych fotelach, odziane w jedwab, pióra i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. Najpobożniejsze pukały na przechodniów, wszystkie rozmawiały i bawiły się jak na raucie. Zdawało się Wokulskiemu, że w tej chwili widzi przed sobą trzy światy. Jeden (dawno już zeszedł z ziemi), który modlił się i dźwigał na chwałę Boga potężne gmachy. Drugi, ubogi i pokorny, który umiał modlić się, lecz wznosił tylko lepianki, i — trzeci, który dla siebie murował pałace, ale już zapomniał o modlitwie i z domów bożych zrobił miejsce schadzek; jak niefrasobliwe ptaki, które budują gniazda, i zawodzą pieśni na grobach poległych bohaterów. — A czemże ja jestem, zarówno obcy im wszystkim?... „Może jesteś okiem żelaznego przetaka, w który rzucę ich wszystkich, aby oddzielić stęchłe plewy od ziarna“ — odpowiedział mu jakiś głos. Wokulski obejrzał się. Przywidzenie chorej wyobraźni. Jednocześnie przy czwartym stole, w głębi kościoła, spostrzegł hrabinę Karolową i pannę Izabelę. Obie również siedziały nad tacą z pieniędzmi i trzymały w rękach książki, zapewne do nabożeństwa. Za krzesłem hrabiny stał służący w czarnej liberyi. Wokulski poszedł ku nim, potrącając klęczących i omijając inne stoły, przy których pukano na niego zawzięcie. Zbliżył się do tacy i, ukłoniwszy się hrabinie, położył swój rulon imperyałów. „Boże! — pomyślał — jak ja głupio muszę wyglądać z temi pieniędzmi. Hrabina odłożyła książkę. — Witam cię, panie Wokulski — rzekła. — Wiesz, myślałam, że już nie przyjdziesz i powiem ci, że nawet było mi trochę przykro. „Mówiłam cioci, że przyjdzie i do tego z workiem złota“ — odezwała się po angielsku panna Izabela. Hrabinie wystąpił na czoło rumieniec i gęsty pot. Zlękła się słów siostrzenicy, przypuszczając, że Wokulski rozumie po angielsku. — Proszę cię, panie Wokulski — rzekła prędko — siądź tu na chwilę, bo delegowany nas opuścił. Pozwolisz, że ułożę twoje imperyały na wierzchu, dla zawstydzenia tych panów, którzy wolą wydawać pieniądze na szampana... „Ależ niech się ciocia uspokoi — wtrąciła panna Izabela znowu po angielsku. — On z pewnością nie rozumie“... Tym razem i Wokulski zarumienił się. — Proszę cię, Belu — rzekła hrabina, tonem uroczystym — pan Wokulski... który tak hojną ofiarę złożył na naszę ochronę... — Słyszałam — odpowiedziała panna Izabela po polsku, na znak powitania, przymykając powieki. — Pani hrabina — rzekł trochę żartobliwie Wokulski — chce mnie pozbawić zasługi w życiu przyszłem, chwaląc postępki, które zresztą mogłem spełniać w widokach zysku. „Domyślałam się tego“ — szepnęła panna Izabela po angielsku. Hrabina omało nie zemdlała, czując, że Wokulski musi domyślać się znaczenia słów jej siostrzenicy, choćby nie znał żadnego języka. — Możesz, panie Wokulski — rzekła z gorączkowym pośpiechem — możesz łatwo zdobyć sobie zasługę w życiu przyszłem, choćby... przebaczając urazy... — Zawsze je przebaczam — odparł nieco zdziwiony. — Pozwól sobie powiedzieć, że niezawsze — ciągnęła hrabina. — Jestem stara kobieta i, twoja przyjaciółka — panie Wokulski — dodała z naciskiem — więc zrobisz mi pewne ustępstwo... — Czekam na rozkazy pani. — Onegdaj, dałeś dymisyą jednemu z twoich... urzędników, niejakiemu Mraczewskiemu... — Za cóżto?... — nagle odezwała się panna Izabela. — Nie wiem — rzekła hrabina. — Podobno chodziło o różnicę przekonań politycznych, czy coś w tym guście... — Więc ten młody człowiek ma przekonania?... — zawołała panna Izabela. — To ciekawe! Powiedziała to w sposób tak zabawny, że Wokulski poczuł, jak ustępuje mu z serca niechęć do Mraczewskiego. — Nie o przekonania chodziło, pani hrabino — odezwał się — ale o nietaktowne uwagi o osobach, które odwiedzają nasz magazyn. — Może te osoby same postępują nietaktownie — wtrąciła panna Izabela. — Im wolno, one za to płacą — odpowiedział spokojnie Wokulski. — Nam nie. Silny rumieniec wystąpił na twarz panny Izabeli. Wzięła książkę i zaczęła czytać. — Ale swoją drogą dasz się ubłagać, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Znam matkę tego chłopca i wierz mi, że przykro patrzeć na jej rozpacz... Wokulski zamyślił się. — Dobrze — odpowiedział — dam mu posadę, ale w Moskwie. — A jego biedna matka?... — zapytała hrabina tonem proszącym. — Więc podwyższę mu o dwieście... o trzysta rubli pensyą — odparł. W tej chwili zbliżyło się do stołu kilkoro dzieci, którym hrabina zaczęła rozdawać obrazki. Wokulski wstał z fotelu i, aby nie przeszkadzać pobożnym zajęciom, przeszedł na stronę panny Izabeli. Panna Izabela podniosła oczy od książki i dziwnym wzrokiem patrząc na Wokulskiego, spytała: — Pan nigdy nie cofa swoich postanowień? — Nie — odpowiedział. Ale w tej chwili spuścił oczy. — A gdybym poprosiła za tym młodym człowiekiem?... Wokulski spojrzał na nią zdumiony. — W takim razie odpowiedziałbym, że pan Mraczewski stracił miejsce, ponieważ niestosownie odzywał się o osobach, które zaszczyciły go trochę łaskawszym tonem w rozmowie... Jeżeli jednak pani każe... Teraz panna Izabela spuściła oczy, zmięszana w wysokim stopniu. — A... a!... wszystko mi jedno w rezultacie, gdzie osiedli się ten młody człowiek. Niech jedzie i do Moskwy. — Tam też pojedzie — odparł Wokulski. — Moje uszanowanie paniom — dodał, kłaniając się. Hrabina podała mu rękę. — Dziękuję ci, panie Wokulski, za pamięć i proszę, ażebyś przyszedł do mnie na święcone. Bardzo cię proszę, panie Wokulski — dodała z naciskiem. Nagle, spostrzegłszy jakiś ruch na środku kościoła, zwróciła się do służącego: — Idźże mój Ksawery do pani prezesowej i proś, ażeby nam pozwoliła swego powozu. Powiedz, że nam koń zachorował. — Na kiedy jaśnie pani rozkaże? — spytał służący. — Tak... za półtory godziny... Prawda Belu, że nie posiedziemy tu dłużej? Służący poszedł do stołu przy drzwiach. — Więc do jutra, panie Wokulski — rzekła hrabina. — Spotkasz u mnie wielu znajomych. Będzie kilku panów z towarzystwa dobroczynności... „Aha!“... — pomyślał Wokulski, żegnając hrabinę. — Czuł dla niej w tej chwili taką wdzięczność, że na jej ochronę oddałby połowę majątku. Panna Izabela zdaleka kiwnęła mu głową i znowu spojrzała w sposób, który wydał mu się bardzo niezwykłym. A gdy Wokulski zniknął w cieniach kościoła, rzekła do hrabiny: — Cioteczka kokietuje tego pana. Ej! ciociu, to zaczyna być podejrzane... — Twój ojciec ma słuszność — odparła hrabina — ten człowiek może być użytecznym. Zresztą zagranicą podobne stosunki należą do dobrego tonu. — A jeżeli te stosunki przewrócą mu w głowie?... — spytała panna Izabela. — W takim razie dowiódłby, że ma słabą głowę — odpowiedziała krótko hrabina, biorąc się do książki nabożnej. Wokulski nie opuścił kościoła, ale w pobliżu drzwi, skręcił w boczną nawę. Tuż przy grobie Chrystusa, naprzeciw stolika hrabiny, stał w kącie pusty konfesyonał. Wokulski wszedł do niego, przymknął drzwiczki i niewidzialny, przypatrywał się pannie Izabeli. Trzymała w ręku książkę, spoglądając od czasu do czasu na drzwi kościelne. Na twarzy jej malowało się zmęczenie i nudy. Czasami do stolika zbliżały się dzieci po obrazki; panna Izabela niektórym podawła je sama, z takim ruchem, jakby chciała powiedzieć: ach, kiedyż się to skończy!... „I to wszystko robi się nie przez pobożność, ani przez miłość do dzieci, ale dla rozgłosu i w celu wyjścia zamąż — pomyślał Wokulski. — No i ja także — dodał — nie mało robię dla reklamy i ożenienia się. Świat ładnie urządzony! Zamiast poprostu pytać się: kochasz mnie, czy nie kochasz? albo: chcesz mnie, czy nie chcesz? ja wyrzucam setki rubli, a ona kilka godzin nudzi się na wystawie i udaje pobożną. A jeżeli odpowiedziałaby, że mnie nie kocha? Wszystkie te ceremonie mają dobrą stronę: dają czas i możność zaznajomienia się. Źle to jednak nie umieć poangielsku... Dziś wiedziałbym co o mnie myśli; bo jestem pewny, że o mnie mówiła do swej ciotki. Trzeba nauczyć się... Albo weźmy takie głupstwo — jak powóz?... Gdybym miał powóz, mógłbym ją teraz odesłać do domu z ciotką i znowu zawiązałby się między nami jeden węzeł... Tak, powóz przyda mi się w każdym razie. Przysporzy z tysiąc rubli wydatków na rok, ale cóż zrobię? Muszę być gotowym na wszystkich punktach. Powóz... angielszczyzna... przeszło dwieście rubli na jednę kwestę!.. I to robię ja, który tem pogardzam... Właściwie jednak — nacóż będę wydawał pieniądze, jeżeli nie na zapewnienie sobie szczęścia? Co mnie obchodzą jakieś teorye oszczędności, gdy czuję ból w sercu?“ Dalszy bieg myśli przerwała mu smutna, brzęcząca melodya. Byłato muzyka szkatułki grającej, po której nastąpił świegot sztucznych ptaków; a gdy i one umilkły, rozlegał się cichy szelest fontanny, szept modlitw i westchnienia pobożnych. W nawie, u konfesyonału, u drzwi kaplicy grobowej, widać było zgięte postacie klęczących. Niektórzy czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go, kładli na tacy drobne pieniądze, wydobyte z chustki do nosa. W głębi kaplicy, w powodzi światła, leżał biały Chrystus otoczony kwiatami. Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwych płomyków, twarz jego ożywia się, przybierając wyraz groźby, albo litości i łaski. Kiedy pozytywka wygrywała Łucyą z Lamermoru, albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot pieniędzy i francuskie wykrzykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał ukrzyżowanemu swoje strapienia, Chrystus otwierał martwe usta i w szmerze fontanny powtarzał błogosławieństwa i obietnice... „Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...“ Do tacy podeszła młoda, uróżowana dziewczyna. Położyła srebrną czterdziestówkę, ale nie śmiała dotknąć krzyża. Klęczący obok z niechęcią patrzyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus szepnął: „Kto z was jest bez grzechu, niech rzuci na nią kamieniem“, padła na posadzkę i ucałowała jego nogi, jak niegdyś Marya Magdalena. „Błogosławieni, którzy łakną sprawiedliwości... Błogosławieni, którzy płaczą...“ Z głębokiem wzruszeniem przypatrywał się Wokulski pogrążonemu w kościelnym mroku tłumowi, który z tak cierpliwą wiarą od ośmnastu wieków oczekuje spełnienia się boskich obietnic. — Kiedyżto będzie!... — pomyślał. „Pośle syn człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą wszystkie zgorszenia i tych, którzy nieprawość czynią, jako zbiera się kąkol i pali się go ogniem“. Machinalnie spojrzał na środek kościoła. Przy bliższym stoliku hrabina drzemała, a panna Izabela ziewała, przy dalszym trzy nieznane mu damy, zaśmiewały się z opowiadań jakiegoś wykwintnego młodzieńca. „Inny świat... inny świat!.. — myślał Wokulski. — Co za fatalność popycha mnie w tamtą stronę?“ W tej chwili, tuż obok konfesyonału, stanęła, a potem uklękła, osoba młoda, ubrana bardzo starannie, z małą dziewczynką. Wokulski przypatrzył się jej i dostrzegł, że jest niezwykle piękna. Uderzył go nadewszystko wyraz jej twarzy, jakby do tego grobu przyszła nie z modlitwą, ale z zapytaniem i skargą. Przeżegnała się, lecz zobaczywszy tacę, wydobyła woreczek z pieniędzmi. — Idź Helusiu — rzekła półgłosem do dziecka — połóż to na tacy i pocałuj Pana Jezusa. — Gdzie, proszę mamy, pocałować? — W rączkę i w nóżkę... — I w buzię? — W buzię nie można. — Eh, cotam!... — Pobiegła do tacy i pochyliła się nad krzyżem. — A widzi mama — zawołała, powracając — pocałowałam i Pan Jezus nic nie powiedział. — Niech Helusia będzie grzeczna — odparła matka — Lepiej uklęknij i zmów paciorek. — Jaki paciorek? — Trzy Ojcze nasz, trzy Zdrowaś... — Taki duży paciorek?... a ja taka malutka... — No, to zmów jedno Zdrowaś... Tylko uklęknij... Patrz się tam... — Już patrzę. Zdrowaś Marya, łaski pełna... Czyto, proszę mamy, ptaszki śpiewają? — Ptaszki sztuczne. Mów paciorek. — Jakieto sztuczne? — Zmów pierwiej paciorek. — Kiedy nie pamiętam, gdzie skończyłam... — Więc mów za mamą: Zdrowaś Marya... — Śmierci naszej amen — dokończyła dziewczynka. — A z czego robią się sztuczne ptaszki? — Heleniu, bądź cicho, bo nigdy cię nie pocałuję — szepnęła strapiona matka. — Masz tu książkę i oglądaj obrazki, jak Pan Jezus był męczony. Dziewczynka usiadła z książką na stopniach konfesyonału i ucichła. „Co to za miła dziecina! — myślał Wokulski. — Gdyby była moją, zdaje się, że odzyskałbym równowagę umysłu, którą dziś tracę z dnia na dzień. I matka prześliczna kobieta. Jakie włosy, profil, oczy... Prosi Boga, ażeby zmartwychwstało ich szczęście... Piękna i nieszczęśliwa; musi być wdową. Ot, gdybym ją był spotkał rok temu. I jestże tu ład na świecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwych; jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki. Każde znalazłoby w drugiem to, czego potrzebuje, no — i nie zejdą się... Jedno przychodzi błagać Boga o miłosierdzie, drugie wyrzuca pieniądze dla stosunków. Kto wie, czy paręset rubli nie byłoby dla tej kobiety szczęściem? Ale ona ich nie dostanie; Bóg w tych czasach nie słucha modlitwy uciśnionych. A gdyby jednak dowiedzieć się kto ona jest?... Możebym potrafił jej dopomódz. Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione, choćby przez takich jak ja niedowiarków, skoro pobożni zajmują się czem innem?“ W tej chwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, który zawsze tak zastanawiał Wokulskiego. Na wezwanie hrabiny elegant usiadł na tym samym fotelu, który niedawno zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej treści, tylko czuł, że w mózgu wypala mu się obraz tego towarzystwa. Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wierzchu garścią imperyałów, dwa świeczniki, dziesięć płomyków, hrabina odziana w grubą żałobę, młody człowiek zapatrzony w pannę Izabelę i ona — rozpromieniona. Nawet ten szczegół nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomyków hrabinie świecą się policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy. „Czy oni kochają się? — myślał. — Więc dlaczegożby się nie pobrali?... Może on niema pieniędzy... Lecz w takim razie: co znaczą jej spojrzenia?... Podobne rzucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku, albo i kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkich, ażeby... sprzedać się najwięcej ofiarującemu!“ Przyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna Izabela i przystojny młodzieniec i wszyscy troje, z wielkim szelestem, poszli ku drzwiom, zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała temi samemi, zupełnie temi samemi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum. Wreszcie wszystko ucichło; hrabina i panna Izabela opuściły kościół. Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie było. — Jaka szkoda! — szepnął, i uczuł lekkie ściśnięcie serca. Natomiast, obok krzyża leżącego na ziemi, wciąż klęczała młoda dziewczyna w aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła. „Błogosławieni którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus dotrzyma obietnicy“ — pomyślał Wokulski i wyszedł za nią. W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała go okrutna boleść, na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec jakiegoś wyższego trybunału, może byłaby lepszą i czystszą. Na ulicy zrównał się z nią i zapytał: — Dokąd idziesz? Na jej twarzy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne wejrzenie i odparła: — Mogę pójść z panem. — Tak mówisz?... Więc chodź. Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku przechodniów obejrzało się za nimi. „Trzeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego — pomyślał Wokulski, idąc w stronę sklepu. — Mniejsza o skandal, ale co u dyabła za projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty. Wreszcie — wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli“. Wszedł w bramę domu, w którym znajdował się sklep i skręcił do pokoju Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie, i zobaczywszy szczególną parę, rozłożył ręce z podziwu. — Czy możesz wyjść na kilka minut? — zapytał go Wokulski. Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnych drzwi sklepu i opuścił pokój. — Dwu? — szepnęła dziewczyna, wyjmując szpilkę z kapelusza. — Za pozwoleniem — przerwał jej Wokulski. — Dopieroco byłaś w kościele, wszak prawda, moja pani? — Pan mnie widział? — Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć z jakiego powodu? Dziewczyna zdziwiła się i, wzruszając ramionami, odparła: — Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta? A przypatrzywszy się uważniej Wokulskiemu, dodała: — Eh! Także zawracanie głowy... Dowcipny! Zabierała się do odejścia, ale zatrzymał ją Wokulski. — Poczekaj. Jest ktoś, który chciałby ci dopomódz, więc nie spiesz się i odpowiadaj szczerze... Znowu przypatrzyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na twarz wystąpił rumieniec. — Wiem — zawołała — pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo... Jeździ powozem i siada w pierwszych rzędach w teatrze. — Posłuchaj mnie — przerwał — i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele? — A bo widzi pan... — zaczęła dziewczyna — i opowiedziała tak cyniczną historyą jakiegoś sporu z gospodynią, że słuchając jej, Wokulski pobladł. — Oto zwierzę! — szepnął. — Poszłam na groby — mówiła dalej dziewczyna — myślałam, że się trochę rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości. Zaczęłam prosić pana Boga, ażeby albo starą choroba zatłukła, albo żebym ja od niej wyszła. I widać Bóg wysłuchał, kiedy ten pan chce mnie zabrać. Wokulski siedział bez ruchu. Wreszcie zapytał: — Ile masz lat? — Mówi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście. — Chcesz ztamtąd wyjść? — A — choćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale... — Cóż? — Pewno nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętach sprowadzą mnie i zapłacą jak wtedy w karnawale, com później tydzień leżała. — Nie sprowadzą. — Akurat! Mam przecie dług... — Duży? — Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, zkąd się wziął, bo za wszystko płacę podwójnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten pan ma pieniądze, to powiedzą, że ich okradłam i narachują, ile im się podoba. Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga. — Powiedz mi, czy ty zechcesz pracować? — A co będę miała do roboty? — Nauczysz się szyć. — To na nic. Byłam przecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie wyżyje. Wreszcie — jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać. Wokulski podniósł głowę. — Nie chcesz wyjść ztamtąd? — Ale chcę! — Więc decyduj się natychmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na świecie chleba nie jada... — I to nieprawda — przerwała. — Ten stary pan nic przecie nie robi, a pieniądze ma. Nieraz też mówił, że mnie już o nic głowa nie zaboli... — Nie pójdziesz do żadnego pana, tylko do Magdalenek. Albo wracaj na miejsce. — Magdalenki mnie nie wezmą. Trzeba zapłacić dług i mieć poręczenie... — Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pójdziesz. — Jakże ja do nich pójdę? — Dam ci list, który zaraz odniesiesz i tam zostaniesz. Chcesz czy nie chcesz?... — Ha! Niech pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie. Usiadła i oglądała się po pokoju. Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść i wkońcu dodał: — Masz wóz i przewóz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobrze; ale jeżeli nie skorzystasz z okazyi, rób co ci się podoba. Możesz iść. Dziewczyna rozśmiała się. — To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Cha... Cha!... Ale... może pan tylko naciąga? — Idź — odpowiedział Wokulski, wskazując drzwi. Jeszcze raz przypatrzyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami. W chwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy. — Cóż to za znajomość? — spytał kwaśno. — Prawda!... — rzekł zamyślony Wokulski. — Nie widziałem jeszcze podobnego bydlęcia, chociaż znam dużo bydląt. — W samej Warszawie jest ich tysiące — odparł Rzecki. — Wiem. Tępienie ich do niczego nie doprowadzi, bo ciągle się odradzają, więc wniosek, że prędzej czy później społeczeństwo musi się przebudować od fundamentów do szczytu. Albo zgnije. — Aha!... — szepnął Rzecki. — Domyślałem się tego. Wokulski pożegnał go. Doświadczał takich uczuć, jak chory na gorączkę, którego oblano zimną wodą. „Nim jednak przebuduje się społeczność — myślał — widzę, że sfera mojej filantropii bardzo się uszczupli. Majątek mój nie wystarczyłby na uszlachetnianie instynktów nieludzkich. Wolę ziewające kwestarki, niżeli modlące się i płaczące potwory.“ Obraz panny Izabeli ukazał mu się otoczony jaśniejszym niż kiedykolwiek blaskiem. Krew biła mu do głowy i upokarzał się w duchu na myśl, że z podobnem stworzeniem mógł ją zestawiać! — Wolęż ja wyrzucać pieniądze na powozy i konie, aniżeli na tego rodzaju — nieszczęścia!... W Wielką niedzielę, Wokulski, najętym powozem, zajechał przed mieszkanie hrabiny. Zastał już długi szereg ekwipażów, bardzo rozmaitego dostojeństwa. Były tam eleganckie dorożki, obsługujące złotą młodzież i dorożki zwyczajne, wzięte na godziny przez emerytów; stare karety, stare konie, stara uprząż i służba w wytartej liberyi i nowe, prosto z Wiednia powoziki, przy których lokaje mieli kwiaty w butonierkach, a furmani opierali bat na biodrze, jak marszałkowską buławę. Nie brakło i fantastycznych kozaków, odzianych w spodnie tak szerokie, jakby tam właśnie ich panowie umieścili swoję ambicyą. Dostrzegł też mimochodem, że w gronie zebranych woźniców, służba wielkich panów zachowywała się w sposób pełen godności, bankierscy chcieli rej wodzić, za co im wymyślano, a dorożkarze byli najrezolutniejsi. Furmani zaś powozów najętych, trzymali się blisko siebie, gardzący resztą i przez nią pogardzani. Gdy Wokulski wszedł do przysionka, siwy szwajcar, w czerwonej wstędze, ukłonił mu się głęboko i otworzył drzwi do kontramarkarni, gdzie dżentlmen w czarnym fraku zdjął z niego palto. Jednocześnie zaś zabiegł mu drogę Józef, lokaj hrabiny, który dobrze znał Wokulskiego; przenosił bowiem z jego sklepu do kościoła pozytywkę i śpiewające ptaszki. — Jaśnie pani czeka — rzekł Józef. Wokulski sięgnął do kamizelki i dał mu pięć rubli, czując, że poczyna sobie jak parweniusz. „Ach, jakiż ja jestem głupi! — myślał. — Nie, nie jestem głupi. Jestem tylko dorobkiewicz, który, w tem państwie musi opłacać się każdemu, na każdym kroku. No, nawracanie jawnogrzesznic kosztuje więcej“. Szedł po marmurowych schodach, ozdobionych kwiatami, a Józef przed nim. Na pierwszej kondygnacyi miał kapelusz na głowie, na drugiej zdjął go, nie wiedząc, czy robi stosownie, czy nie stosownie. „W rezultacie mógłbym między nich wszystkich wejść w kapeluszu na głowie“ — rzekł do siebie. Dostrzegł, że Józef, mimo swego wieku, więcej niż średniego, biegł po schodach jak łania i na górze gdzieś się podział, a Wokulski został sam, nie wiedząc dokąd udać się i komu się zameldować. Była to krótka chwila, lecz w Wokulskim gniew zakipiał. „Jakiemi to oni formami obwarowali się, co? — pomyślał. — A... gdybym mógł to wszystko zwalić!...“ I przywidziało mu się, w ciągu kilkunastu sekund, że, między nim, a tym czcigodnym światem form wykwintnych, musi się stoczyć walka, w której albo ten świat runie, albo — on zginie. „Więc dobrze, zginę... Ale zostawię po sobie pamiątkę!...“ „Zostawisz przebaczenie i litość“ — szepnął mu jakiś głos. — Czyżem ja aż tak nikczemny! „Nie, jesteś aż tak szlachetny“. Ocknął się — przy nim stał pan Tomasz Łęcki. — Witam cię, panie Stanisławie — rzekł z właściwą mu majestatycznością. Witam cię tem goręciej, że przybycie twoje do nas, łączy się z bardzo miłym wypadkiem w rodzinie... „Czyżby zaręczyła się panna Izabela?...“ — pomyślał Wokulski i pociemniało mu w oczach. — Wyobraź pan sobie, że z okazyi twego tu przybycia... Słyszysz, panie Stanisławie?... Z okazyi twojej wizyty u nas, ja pogodziłem się z panią Joanną, z moją siostrą... Ale pan zbladłeś?... Znajdziesz tu wielu znajomych... Nie wyobrażaj sobie, że arystokracya jest tak straszną... Wokulski otrząsnął się. — Panie Łęcki — odparł chłodno — w moim namiocie, pod Plewną, bywali więksi panowie. I byli dla mnie tyle łaskawi, że niełatwo wzruszę się widokiem nawet tak wielkich, jakich... nie znajdę w Warszawie. — A... A!... — szepnął pan Tomasz i ukłonił mu się. Wokulski zdumiał się. „Oto fagas! — przemknęło mu przez głowę. — I ja... ja!... miałbym z takimi ludźmi robić sobie ceremonie?...“ Pan Łęcki wziął go pod rękę i, w sposób bardzo uroczysty, wprowadził do pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni. — Widzisz pan: hrabia... — zaczął pan Tomasz — Znam — odparł Wokulski, a w duchu dodał: winien mi ze trzysta rubli... — Bankier... — objaśniał dalej pan Tomasz. — Ale nim powiedział nazwisko, bankier sam zbliżył się do nich i, przywitawszy Wokulskiego, rzekł: — Bój się pan Boga, z Paryża ogromnie ekscytują nas o te bulwary... Czy pan im odpowiedziałeś? — Pierwej chciałem porozumieć się z panem — odparł Wokulski. — Więc zejdźmy się gdzie. Kiedy pan jesteś w domu? — Nie mam stałej godziny, wolę być u pana. — To wstąp pan do mnie we środę, na śniadanie, i raz skończmy. Pożegnali się. Pan Tomasz czulej przycisnął ramię Wokulskiego. — Jenerał... — zaczął. Jenerał, ujrzawszy Wokulskiego, podał mu rękę i przywitali się jak starzy znajomi. Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się, widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie zna tylko tych, którzy odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie robiąc. Przy wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę hrabina Karolowa. Koło niej przesunął się służący Józef. „Rozstawili pikiety — pomyślał Wokulski — ażeby nie skompromitować dorobkiewicza. Grzecznie to z ich strony, ale...“ — Jakże się cieszę, panie Wokulski — rzekła hrabina, odbierając go panu Tomaszowi — jakże się cieszę, że spełniłeś moję prośbę... Jest tu właśnie osoba, która pragnie poznać się z panem. W pierwszym salonie ukazanie się Wokulskiego zrobiło pewną sensacyą. — Jenerale — mówił hrabia — hrabina zaczyna nam sprowadzać kupców galanteryjnych. Ten Wokulski... — On taki kupiec jak ja i pan —- odparł jenerał. — Mój książe — mówił inny hrabia — zkąd wziął się tu ten jakiś Wokulski? — Zaprosiła go gospodyni — odparł książe. — Nie mam przesądu co do kupców — ciągnął dalej hrabia — ale ten Wokulski, który zajmował się dostawą w czasie wojny i zrobił na niej majątek... — Tak tak — przerwał książe. — Ten rodzaj majątków bywa zwykle niepewny, ale za Wokulskiego ręczę. Hrabina mówiła ze mną, a ja zapytywałem oficerów, którzy byli na wojnie, między innymi mojego siostrzeńca. Otóż, o Wokulskim było jedno zdanie, że: dostawa, której się on dotknął, była uczciwa. Nawet żołnierze, ile razy dostali dobry chleb, mówili, że musiał być pieczony z mąki od Wokulskiego. Więcej hrabiemu powiem — ciągnął książę — że Wokulski, który swoją rzetelnością zwrócił na siebie uwagę osób najwyżej położonych, miewał bardzo ponętne propozycye. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroćstotysięcy rubli tylko za firmę do pewnego przedsiębierstwa, i, nie przyjął... Hrabia uśmiechnął się i rzekł: — Miałby więcej o dwakroćstotysięcy rubli... — Miałby, ale nie byłby dziś tutaj — odparł książe i, kiwnąwszy głową hrabiemu, odszedł. — Stary waryat — szepnął hrabia, pogardliwie spoglądając za księciem. W trzecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet, tudzież mnóstwo większych i mniejszych stolików, przy których dwójkami, trójkami, nawet czwórkami, siedzieli zaproszeni. Kilku służących roznosiło potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela, widocznie zastępując gospodynią. Miała na sobie blado-niebieską suknią i wielkie perły na szyi. Była tak piękna i tak majestatyczna w ruchach, że Wokulski, patrząc na nią, skamieniał. „Nawet marzyć o niej nie mogę!“... — pomyślał z rozpaczą. Jednocześnie, we framudze okna, spostrzegł młodego człowieka, który był wczoraj na grobach, a dziś siedział sam, przy małym stoliczku nie spuszczając oka z panny Izabeli. „Naturalnie, że ją kocha“ — myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby owionął go chłód grobu. „Jestem zgubiony!“ — dodał w duchu. Wszystko to trwało kilka sekund. — Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? — odezwała się hrabina. — Jestto prezesowa Zasławska, moja najlepsza przyjaciółka, która koniecznie chce pana poznać. Jest panem bardzo zajęta — ciągnęła hrabina z uśmiechem — jest bezdzietna i ma parę ładnych wnuczek. Zróbże pan dobry wybór!... Tymczasem przypatrz się jej, a gdy ci panowie odejdą, przedstawię pana. A... książe... — Witam pana — odezwał się książe do Wokulskiego. — Kuzynka pozwoli?... — Bardzo proszę — odparła hrabina. — Macie tu panowie wolny stolik... Ja opuszczę was na chwilę... Odeszła. — Siądźmy, panie Wokulski — mówił książe. — Wybornie zdarzyło się, ponieważ mam do pana ważny interes. Wyobraź pan sobie, że pańskie projekta wywołały wielki popłoch między naszymi bawełnianymi fabrykantami... Wszak dobrze powiedziałem bawełnianymi?... Oni utrzymują, że pan chce zabić nasz przemysł... Czy istotnie konkurencya, którą pan stwarza, jest tak groźna?... — Mam wprawdzie — odparł Wokulski — u moskiewskich fabrykantów kredyt do wysokości trzech, nawet czterech milionów rubli, ale jeszcze nie wiem, czy pójdą ich wyroby. — Straszna!... straszna cyfra! — szepnął książe. — Czy nie widzisz pan w niej istotnego niebezpieczeństwa dla naszych fabryk? — Ach, nie. Widzę tylko nieznaczne zmniejszenie ich kolosalnych dochodów, co zresztą mnie nie obchodzi. Ja mam obowiązek dbać tylko o własny zysk i o taniość dla nabywców; nasz zaś towar będzie tańszy. — Czy jednak rozważyłeś pan tę kwestyą jako obywatel?... — rzekł książe, ściskając go za rękę. — My już tak niewiele mamy do stracenia... — Mnie się zdaje, że jest to dość poobywatelsku dostarczyć konsumentom tańszego towaru i złamać monopol fabrykantów, którzy zresztą tyle mają z nami wspólnego, że wyzyskują naszych konsumentów i robotników. — Tak pan sądzisz?... Nie pomyślałem o tem. Mnie zresztą nie obchodzą fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj... — Czem można panom służyć? — odezwała się nagle, zbliżywszy się do nich, panna Izabela. Książe i Wokulski powstali. — Jakże jesteś dziś piękna, kuzynko — rzekł książe, ściskając ją za rękę. — Żałuję doprawdy, że nie jestem moim własnym synem... Chociaż — może to i lepiej! Bo gdybyś mnie odrzuciła, co jest prawdopodobne, byłbym bardzo nieszczęśliwy... Ach, przepraszam!... — spostrzegł się książe. — Pozwolisz, kuzynko, przedstawić sobie pana Wokulskiego. Dzielny człowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy, wszak prawda?... — Mam już przyjemność... — szepnęła panna Izabela, odpowiadając na ukłon. Wokulski spojrzał jej w oczy i dostrzegł takie przerażenie, taki smutek, że go znowu opanowała desperacya. „Pocom ja tu wchodził?“... — pomyślał. Spojrzał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, który ciągle siedział sam, nad nietkniętym talerzem, zasłaniając oczy ręką. „Ach, pocom ja tu przyszedł nieszczęśliwy...“ — myślał Wokulski, czując taki ból, jakby mu serce wyrywano kleszczami. — Może pan choć wina pozwoli? — pytała panna Izabela, przypatrując mu się ze zdziwieniem. — Co pani każe — odparł machinalnie. — Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski — mówił książe. — Musisz pan zbliżyć się do naszej sfery, w której, wierz mi, są rozumy i szlachetne serca, ale — brak inicyatywy... — Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... — odparł Wokulski, chcąc cośkolwiek odpowiedzieć. — Przeciwnie, masz pan... Jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, trzeci: zdolność, czwarty: energią... Tych tytułów nam potrzeba, to nam daj, a przyjmiemy cię jak... brata... Zbliżyła się hrabina. — Pozwoli książe?... — rzekła. — Panie Wokulski... Podała mu rękę i poszli oboje do fotelu prezesowej. — Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski — odezwała się hrabina do staruszki, ubranej w ciemną suknią i kosztowne koronki. — Siądź, proszę cię — rzekła prezesowa, wskazując mu krzesło obok. — Stanisław ci na imię, tak?... A z którychże to Wokulskich?... — Z tych... nieznanych nikomu — odparł — a najmniej chyba pani. — A nie służyłże twój ojciec w wojsku? — Ojciec nie, tylko stryj. — I gdzież-to on służył, nie pamiętasz?... Czy nie było mu na imię także Stanisław? — Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a później kapitanem w siódmym pułku liniowym... — W pierwszej brygadzie, drugiej dywizyi — przerwała prezesowa... — Widzisz moje dziecko, że nie jesteś mi tak nieznany... Żyjeż on jeszcze?... — Umarł przed pięcioma laty. Prezesowej zaczęły drżeć ręce. Otworzyła mały flakonik i powąchała go. — Umarł, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarł... A nie zostałaż ci jaka po nim pamiątka? — Złoty krzyż... — Tak, złoty krzyż... I nic że więcej? — Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kości słoniowej... Prezesowa coraz częściej podnosiła flakonik; ręce drżały jej coraz silniej. — Miniatura... — powtórzyła. — A wiesz-że kto ją malował?... I nic-że więcej nie zostało?... — Była jeszcze paczka papierów i jakaś druga miniatura... — Co-że się z niemi dzieje?... — nalegała coraz niespokojniej prezesowa. — Te przedmioty stryj sam opieczętował na kilka dni przed śmiercią i kazał włożyć je do swojej trumny. — A... a!... — szepnęła staruszka i rzewnie się rozpłakała. W sali zrobił się ruch. Przybiegła zatrwożona panna Izabela, potem hrabina, wzięły prezesową pod ręce i zwolna wyprowadziły do dalszych pokojów. W jednej chwili na Wokulskiego zwróciły się wszystkie oczy. Zaczęto zcicha szeptać. Widząc, że wszyscy na niego patrzą i o nim mówią, Wokulski zmięszał się. Ażeby jednak pokazać obecnym, że ta osobliwa popularność nic go nie obchodzi, wypił, jeden po drugim, dwa kieliszki wina, stojące na stoliku i wtedy spostrzegł, że jeden kieliszek, z winem węgierskim, należał do jenerała, a drugi, z czerwonem do biskupa. „Ładnie się urządzam — rzekł do siebie. — Gotowi jeszcze powiedzieć, że zrobiłem afront staruszce, ażeby wypić wino jej sąsiadom...“ Wstał z zamiarem wyjścia i zrobiło mu się gorąco na myśl o defiladzie przez dwa salony, w których czekają go rózgi spojrzeń i szeptów. Ale zabiegł mu drogę książe, mówiąc: — Pewnie rozmawialiście państwo z prezesową o bardzo dawnych czasach, kiedy aż do łez doszło. Prawda, że zgadłem?... Wracając do tematu, który nam przerwano, czy nie sądzisz pan, że dobrze byłoby założyć w kraju polską fabrykę tanich tkanin?... Wokulski potrząsnął głową. — Wątpię, ażeby się to udało — odparł. — Trudno myśleć o wielkich fabrykach tym, którzy nie mogą zdobyć się na małe ulepszenia w już istniejących... — Mianowicie?... — Mówię o młynach — ciągnął Wokulski. — Za parę lat będziemy sprowadzali nawet mąkę, bo nasi młynarze nie chcą zastąpić kamieni — walcami. — Pierwszy raz słyszę?... Siądźmy tu — mówił książe, ciągnąc go do obszernej framugi — i opowiedz pan, co to znaczy? W salonach tymczasem rozmawiano. — Jakaś zagadkowa figura ten pan — mówiła po francusku dama w brylantach, do damy w strusiem piórze. — Pierwszy raz widziałam prezesową płaczącą. — Naturalnie historya miłosna — odpowiedziała dama z piórem. — W każdym razie zrobił ktoś złośliwego figla hrabinie i prezesowej, wprowadzając tego jegomościa. — Przypuszczasz pani, że... — Jestem pewna — odparła, wzruszając ramionami. — Niech pani wreszcie spojrzy na niego. Maniery bardzo złe, ale cóżto za fizyognomia, jaka duma!... Szlachetnej rasy nie ukryje się nawet pod łachmanami. — Zadziwiające!... — mówiła dama w brylantach. — Bo i ten jego majątek, jakoby zrobiony w Bułgaryi... — Naturalnie. To zarazem tłómaczy: dlaczego prezesowa, pomimo bogactw, tak mało wydaje na siebie. — I książe bardzo na niego łaskaw... — Przez litość, czy nie zamało?... Niech tylko pani spojrzy na nich obu... — Sądziłabym, że niema ani śladu podobieństwa. — Zapewne, ale... ta duma, pewność siebie... Z jaką oni swobodą rozmawiają... Przy innym stoliku naradzali się trzej panowie. — No, hrabina zrobiła zamach stanu — mówił brunet z grzywką. — I udał się jej. Ten Wokulski trochę sztywny, ale ma w sobie coś — odpowiedział pan siwy. — W każdym razie kupiec... — Czemże kupiec gorszy od bankierów? — Kupiec galanteryjny, sprzedaje portmonetki — nalegał brunet. — My czasami sprzedajemy herby... — wtrącił trzeci, szczupły staruszek z siwemi faworytami. — Jeszcze zechce ożenić się tutaj... — Tem lepiej dla panien. — Jabym mu sam oddał córkę. Człowiek, słyszę, porządny, bogaty, posagu nie strwoni... Koło nich szybko przeszła hrabina. — Panie Wokulski — rzekła, wyciągając wachlarz w kierunku framugi. Wokulski przybiegł do niej. Podała mu rękę i we dwoje opuścili salon. Osamotnionego księcia zaraz otoczyli mężczyźni; niektórzy prosili go, ażeby zapoznał ich z Wokulskim. — Warto, warto!... — mówił zadowolony książe. — Takiego nie było jeszcze między nami. Usłyszała to, mijająca ich właśnie panna Izabela i — pobladła. Przystąpił do niej młody człowiek z wczorajszej kwesty. — Zmęczyła się pani? — rzekł. — Trochę — odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. — Przychodzi mi do głowy dziwne pytanie — dodała po chwili — czy ja też potrafiłabym walczyć? — Czy z sercem? — zapytał. — Nie warto... Panna Izabela wzruszyła ramionami. — Ach, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym nieprzyjacielem. Ścisnęła go za rękę i opuściła salon. Wokulski, prowadzony przez hrabinę, minął długi szereg pokojów. W jednym z nich, zdala od zaproszonych gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu. Gdy weszli tam, uderzył go szczególny widok. Jakiś młody człowiek grał na fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojących przy nim, jedna udawała skrzypce, druga klarnet; przy tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między któremi znajdował się tylko jeden mężczyzna. — Oj! wy zbytnicy! — zgromiła ich hrabina. Odpowiedzieli wybuchem śmiechu, nie przerywając zabawy. Minęli i ten pokój i weszli na schody. — Ot, widzisz — rzekła hrabina — to jest najwyższa arystokracya. Zamiast siedzieć w salonie, uciekli tutaj dokazywać. „Jaki oni mają rozum!“ — pomyślał Wokulski. I zdawało mu się, że między tymi ludźmi życie upływa prościej i weselej, aniżeli między nadętem mieszczaństwem, albo arystokratyzującą szlachtą. Na górze, w pokoju odciętym od zgiełku i nieco przyćmionym, siedziała w fotelu prezesowa. — Zostawiam was tu, moi państwo — rzekła hrabina. — Nagadajcie się, bo ja muszę wracać. — Dziękuję ci, Joasiu — odpowiedziała prezesowa. — Siądźże, proszę cię — zwróciła się do Wokulskiego. A gdy zostali sami, dodała: — Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień. Teraz dopiero Wokulski spostrzegł, że między tą damą a jego stryjem musiał istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie. „Dzięki Bogu — pomyślał — że jestem legalnem dzieckiem moich rodziców“. — Proszę cię — zaczęła prezesowa — mówisz, że stryj twój umarł. Gdzieże on biedak pochowany? — W Zasławiu, gdzie mieszkał od dwudziestu lat. Prezesowa znowu podniosła chustkę do oczu. — Doprawdy?... Ach, ja niewdzięczna!... Byłżeś kiedy u niego?... Nie mówiłże ci nic... Nie oprowadzał cię?... Wszakże tam, na górze, są ruiny zamku, prawda? Stojąż one jeszcze? — Tam właśnie, do zamku, stryj codzień chodził na spacer i całe godziny przesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu... — Patrzajże?... Znam ten kamień; siedzieliśmy wtedy oboje na nim i patrzyliśmy to na rzekę, to na obłoki, których bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka szczęście. Czuję to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka? — Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. Dopiero stryj mi ją pokazał. — Wieszże ty — mówiła prezesowa — że w chwili ostatniego z nim pożegnania, myśleliśmy: czyby się do tej studni nie rzucić? Niktby nas tam nie odszukał i na wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie — szalona młodość... Otarła oczy i ciągnęła dalej: — Bardzo... bardzo lubiłam go, a myślę, że i on mnie trochę... kiedy tak pamiętał wszystko. Ale on był ubożuchny oficer, a ja, na nieszczęście, bogata i do tego jeszcze bliska krewna dwu jenerałów. No i rozdzielono nas... Może też byliśmy zanadto cnotliwi... Ale cicho!... cicho!... — dodała, śmiejąc się i płacząc. — Takie rzeczy wolno mówić kobietom dopiero w szóstym krzyżyku. Łkanie przerwało jej mowę. Powąchała swój flakonik, odpoczęła i zaczęła znowu: — Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość. Tyle lat upłynęło, prawie pół wieku; wszystko przeszło: majątek, tytuły, młodość, szczęście... Sam tylko żal nie przeszedł i pozostał, mówię ci, taki świeży, jakbyto było wczoraj. Ach, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w którym podobno wynagrodzą tutejsze krzywdy, kto wie, czy nie przeklęłoby się i życia i jego konwenansów... Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca. Wokulski siedział ze spuszczonemi oczyma. Coś dławiło go, szarpało za piersi. Wpił sobie paznogcie w ręce i myślał, ażeby jaknajprędzej ztąd wyjść i już nie słuchać skarg, które odnawiały w nim najboleśniejsze rany. — A maż on biedaczysko jaki nagrobek? — spytała po chwili prezesowa. Wokulski zarumienił się. Nigdy nie przychodziło mu do głowy, ażeby zmarli potrzebowali czegoś więcej nad grudę ziemi. — Nie ma — ciągnęła prezesowa, widząc jego zakłopotanie. — Nie tobie dziwię cię, moje dziecko, żeś o nagrobku nie pamiętał, ale sobie wyrzucam, żem zapomniała o człowieku. Zadumała się i nagle, położywszy na jego ramieniu swoją wychudłą i drżącą rękę, rzekła zniżonym głosem: — Mam do ciebie prośbę... Powiedz, że ją spełnisz... — Z pewnością — odparł Wokulski. — Pozwól, ażebym ja mu postawiła nagrobek. Ale że sama jechać tam nie mogę, więc ty mnie wyręczysz. Weź ztąd kamieniarza, niechaj rozłupie ten kamień, wiesz, ten, na którym siadywaliśmy na górze, pod zamkiem i niech jedną połowę ustawią na jego grobie. Cokolwiek będzie kosztować, zapłacisz, a zwrócę ci razem z dozgonną wdzięcznością. Zrobiszże to? — Zrobię. — To dobrze, dziękuję ci... Myślę, że mu przyjemniej będzie spoczywać pod kamieniem, który słyszał nasze rozmowy i patrzył na łzy. Ach, jak ciężko wspominać... A napis, wieszże jaki?... — mówiła dalej. — Kiedyśmy się rozłączali, zostawił mi parę strofek z Mickiewicza. Pewnie czytałeś je kiedy. „Jak cień, tem dłuższy, gdy padnie zdaleka, tem szerzej koło żałobne roztoczy, tak pamięć o mnie: im dalej ucieka, tem grubszym kirem twą duszę zamroczy...“ O prawda to!... I studnię, która miała nas połączyć, chciałabym upamiętnić w jakiś sposób... Wokulski wstrząsnął się i patrzył gdzieś, szeroko otwartemi oczyma. — Co tobie? — zapytała prezesowa. — Nic — odparł z uśmiechem. — Śmierć zajrzała mi w oczy. — Nie dziw się: krąży koło mnie starej, zatem muszą ją widzieć moi sąsiedzi. Więc zrobisz, o co cię proszę? — Tak. — Bądźże u mnie po świętach i... często przychodź. Może się trochę ponudzisz, ale może i ja, niedołężna przydam ci się naco. A teraz idź już na dół, idź... Wokulski pocałował ją w rękę, ona go parę razy w głowę; potem dotknęła dzwonka. Wszedł służący. — Sprowadźże pana do sali — rzekła. Wokulski był odurzony. Nie wiedział, którędy idzie, nie zdawał sobie sprawy z tego, o czem rozmawiali z prezesową. Czuł tylko, że znajduje się w jakimś odmęcie dużych komnat, starodawnych portretów, cichych stąpań, nieokreślonej woni. Otaczały go kosztowne meble, ludzie pełni delikatności, o jakiej nigdy nie marzył, a nad tem wszystkiem, jak poemat, unosiły się wspomnienia starej arystokratki, przesiąknięte westchnieniami i łzami. „Cóżto za świat?... Coto za świat!...“ A jednak jeszcze mu czegoś brakło. Chciał choć raz spojrzeć na pannę Izabelę. „No, w sali ją zobaczę...“ Lokaj otworzył drzwi do sali. Znowu wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę, i ucichły rozmowy, jak szum odlatującego ptactwa. Nastała chwila ciszy, w której wszyscy patrzyli na Wokulskiego, a on nie widział nikogo, tylko rozgorączkowanem spojrzeniem szukał blado-niebieskiej sukni. „Tu jej niema“ — pomyślał. — No, tylko patrzcie, jak on sobie nic z was nie robi!... — szepnął, śmiejąc się, staruszek z siwemi faworytami. „Musi być w drugiej sali“ — mówił do siebie Wokulski. Spostrzegł hrabinę i zbliżył się do niej. — Cóż, skończyliście państwo konferencyą? — spytała hrabina. — Prawda, jakato miła osoba, prezesowa?... Ma pan w niej wielką przyjaciółkę, niewiększą jednak, aniżeli we mnie. Zaraz przedstawię pana... Pan Wokulski!... — dodała, zwracając się do damy w brylantach. — A ja zaraz przystępuję do interesu — rzekła dama, patrząc na niego zgóry. — Nasze sierotki potrzebują kilku sztuk płótna... Hrabina lekko zarumieniła się. — Tylko kilku?... — powtórzył Wokulski i spojrzał na brylanty wyniosłej damy, reprezentujące wartość kilkuset sztuk najcieńszego płótna. — Po świętach — dodał — będę miał honor na ręce pani hrabiny przysłać płótno... Ukłonił się, jakby chciał odchodzić. — Chcesz nas pan pożegnać? — spytała trochę zmięszana hrabina. — Ależto impertynent! — rzekła dama w brylantach, do swej towarzyszki w strusiem piórze. — Żegnam panią hrabinę i dziękuję za zaszczyt, jaki mi pani raczyła wyrządzić!... — mówił Wokulski, całując gospodynią w rękę. — Tylko do widzenia, panie Wokulski, wszak prawda?... Dużo będziemy mieli interesów ze sobą. I w drugim salonie nie było panny Izabeli. Wokulski uczuł niepokój. „Przecież muszę na nią spojrzeć... Kto wie, jak prędko spotkamy się w podobnych warunkach...“ — A, jesteś pan — zawołał książe. — Już wiem, jaki ułożyliście spisek z panem Łęckim. Spółka do handlu ze Wschodem — wyborna myśl! Musicie i mnie do niej przyjąć... Musimy poznać się bliżej... — A widząc, że Wokulski milczy, dodał: — Prawda, jakim ja nudny, panie Wokulski? Ale to nic nie pomoże; musicie zbliżyć się do nas, pan i panu podobni i — razem idźmy. Wasze firmy są także herbami, nasze herby są także firmami, które gwarantują rzetelność w prowadzeniu interesów... Ściskali się za ręce i Wokulski coś odpowiedział, ale co?... — nie było mu wiadome. Niepokój jego wzrastał; napróżno szukał panny Izabeli. „Chyba jest dalej“ — szepnął, z trwogą idąc do ostatniego salonu. Tu pochwycił go pan Łęcki, z oznakami niebywałej tkliwości. — Już pan wychodzisz? Więc do widzenia, drogi panie. Po świętach u mnie pierwsza sesya i w Imię Boże zaczynajmy. „Niema jej!“ — myślał Wokulski, żegnając się z panem Tomaszem. — Ale wiesz pan — szepnął Łęcki — zrobiłeś szalony efekt. Hrabina nie posiada się z radości, książe mówi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesową... No... cudownie!... Nie można było marzyć o zdobyciu lepszej pozycyi... Wokulski stał już w progu. Jeszcze raz szklanemi oczyma powiódł po sali i — wyszedł z desperacyą w sercu. „Może wypadałoby wrócić i pożegnać ją?... Przecież zastępowała miejsce gospodyni...“ — myślał, powoli schodząc ze schodów. Nagle drgnął, słysząc szelest sukni w wielkiej galeryi. „Ona“... Podniósł głowę i zobaczył damę w brylantach. Ktoś podał mu palto. Wokulski wyszedł na ulicę, zatoczywszy się, jak pijany. — Cóż mi po świetnej pozycyi, jeżeli jej tam niema? — Konie pana Wokulskiego! — zawołał z sieni szwajcar, pobożnie ściskając trzyrublówkę. Łzami zaszłe oczy i nieco zachrypnięty glos, świadczyły, że obywatel ten nawet na trudnym posterunku, czci jednak pierwszy dzień Wielkiejnocy. — Konie pana Wokulskiego!... Konie Wokulskiego! Wokulski zajeżdżaj!... — powtórzyli stojący furmani. Środkiem alei zwolna toczyły się dwa szeregi dorożek i powozów w stronę Belwederu i od Belwederu. Ktoś z jadących spostrzegł na chodniku Wokulskiego i ukłonił mu się. — Kolega! — szepnął Wokulski i zarumienił się. Gdy sprowadzono mu powóz, zrazu chciał wsiąść, lecz rozmyślił się. — Wracaj bracie do domu — rzekł do furmana, dając mu na piwo. Powóz odjechał ku miastu, Wokulski zmięszał się z przechodniami i poszedł w stronę Ujazdowskiego placu. Szedł zwolna i przypatrywał się jadącym. Wielu z pomiędzy nich znał osobiście. Oto rymarz, który dostarcza mu wyrobów skórzanych, jedzie na spacer z żoną, grubą jak beczka cukru i wcale ładną córką, z którą chciano go swatać. Oto syn rzeźnika, który do sklepu, niegdyś Hopfera, dostarczał wędlin. Oto bogaty cieśla, z liczną rodziną. Wdowa po dystylatorze, również mająca duży majątek i również gotowa oddać rękę Wokulskiemu. Tu garbarz, tam dwaj subjekci bławatni, dalej krawiec męski, mularz, jubiler, piekarz, a oto — jego współzawodnik, kupiec galanteryjny, w zwykłej dorożce. Większa ich część nie widziała Wokulskiego niektórzy jednak spostrzegli go i kłaniali mu się; lecz byli i tacy, którzy, spostrzegłszy go, nie kłaniali się, a nawet uśmiechali się złośliwie. Z całego mnóstwa tych kupców, przemysłowców i rzemieślników, równych mu stanowiskiem, niekiedy bogatszych od niego i dawniej znanych w Warszawie, on tylko jeden był dziś na święconem u hrabiny. Żaden z tamtych, on tylko jeden!... „Mam nieprawdopodobne szczęście — myślał. — W pół roku zrobiłem majątek krociowy, za parę lat mogę mieć milion... Nawet prędzej... Dziś już mam wstęp na salony, a za rok?... Niektórym z tych, co przed chwilą ocierali się o mnie, przed siedmnastoma laty mogłem usługiwać w sklepie, a nie usługiwałem chyba dlatego, że żaden nie wstąpiłby tam. Z komórki przy sklepie, do buduaru hrabiny, co za skok!... Czy aby ja nie zaprędko awansuję?“ — dodał z tajemną trwogą w sercu. Był już na rozległym placu Ujazdowskim, w którego południowej części znajdowały się zabawy ludowe. Pomięszane dźwięki katarynek, odgłosy trąb i zgiełk kilkunastutysiącznego tłumu, ogarniał go jak fala nadpływającej powodzi. Widział, jak na dłoni, długi szereg huśtawek, kołyszących się wprawo i wlewo, niby ogromne wahadła o potężnym rozmachu. Potem drugi szereg — szybko kręcących się namiotów, z dachami w różnokolorowe pasy. Potem trzeci szereg — bud zielonych, czerwonych i żółtych, gdzie przy wejściu jaśniały potworne malowidła, a na dachu ukazywali się jaskrawo odziani pajace, albo olbrzymie lalki. A we środku placu — dwa wysokie słupy, na które, teraz właśnie, wspinali się amatorowie frakowych garniturów i kilkurublowych zegarków. Wśród tych wszystkich, czasowych a brudnych budynków, roił się rozbawiony tłum. Wokulskiemu przypomniały się lata dziecinne. Jakże mu wtedy, wygłodzonemu, smakowała bułka i serdelek! Jak wyobrażał sobie, siadłszy na konia w karuzeli, że jest wielkim wojownikiem! Jak szalonego doznawał upojenia, wylatując do góry na huśtawce! Coto była za rozkosz pomyśleć, że dziś nic nie robi i jutro nic nie będzie robił — za cały rok. A z czem da się porównać ta pewność, że dziś położy się spać o dziesiątej i jutro, gdyby chciał, wstanie także o dziesiątej, przeleżawszy dwanaście godzin zrzędu! „I to ja byłem, ja?... — mówił do siebie zdumiony. — Mnie tak cieszyły rzeczy, które w tej chwili tylko wstręt budzą?... Tyle tysięcy otacza mnie rozradowanych biedaków, a ja, bogacz przy nich, cóż mam?... Niepokój i nudy, nudy i niepokój... Właśnie kiedy mógłbym posiadać to, co kiedyś było mojem marzeniem, nie mam nic, bo dawne pragnienia wygasły. A tak wierzyłem w swoje wyjątkowe szczęście!...“ W tej chwili potężny krzyk wydarł się z tłumu. Wokulski ocknął się i na szczycie słupa zobaczył jakąś ludzką figurę. „Aha, tryumfator!“ — rzekł do siebie Wokulski, ledwie trzymając się na nogach, pod naciskiem tłumu, który biegł, klaskał, wiwatował, wskazywał palcami bohatera, pytał o jego nazwisko. Zdawało się, że zdobywcę frakowego garnituru na rękach zaniosą do miasta, wtem — zapał ostygł. Ludzie biegli wolniej, nawet zatrzymywali się, okrzyki cichły, wreszcie zupełnie umilkły. Chwilowy tryumfator zsunął się ze szczytu i w parę minut zapomniano o nim. — Przestroga dla mnie?... — szepnął Wokulski, ocierając pot z czoła. Plac i rozbawione tłumy obmierzły mu do reszty. Zawrócił do miasta. Środkiem alei wciąż toczyły się dorożki i powozy. W jednym Wokulski zobaczył blado-niebieską suknią. „Panna Izabela?...“ Serce poczęło mu bić gwałtownie. „Nie, nie ona“. O paręset kroków dalej spostrzegł jakąś piękną twarz kobiecą i dystyngowane ruchy. „Ona?... Nie. Zkądżeby wreszcie ona?“ I tak szedł przez całe aleje, plac Aleksandra, przez Nowy-Świat, ciągle upatrując kogoś i ciągle doznając zawodu. „Więc to jest moje szczęście? — myślał. — Nie pragnę tego, co mógłbym mieć, a szarpię się za tem, czego nie mam. Więc to jest szczęście?... Kto wie, czy śmierć jest takiem złem, jak wyobrażają sobie ludzie“. I pierwszy raz uczuł tęsknotę do twardego, nieprzespanego snu, którego nie niepokoiłyby żadne pragnienia, nawet żadne nadzieje. W tym samym czasie, panna Izabela, wróciwszy od ciotki do domu, prawie z przedpokoju zawołała do panny Florentyny: — Wiesz?... był na przyjęciu!... — Kto? — No, ten, Wokulski... — Dlaczegóż być nie miał, skoro go zaproszono — odparła panna Florentyna. — Ależto zuchwalstwo... Ależto niesłychane!... I jeszcze, wyobraź sobie, ciotka jest nim oczarowana, książe nieledwie mu się narzuca, a wszyscy chórem uważają go za jakąś znakomitość... I ty nic na to?... Panna Florentyna uśmiechnęła się smutnie. — Znam to. Bohater sezonu... W zimie był takim pan Kazimierz, a przed kilkunastu laty nawet... ja — dodała cicho. — Ależ uważaj kim on jest?... Kupiec... kupiec!... — Moja Belu — odpowiedziała panna Florentyna — pamiętam sezony, kiedy nasz świat zachwycał się nawet cyrkowcami. Przejdzie i to. — Boję się tego człowieka — szepnęła panna Izabela. W powieści „Lalka” Bolesława Prusa marzenia odgrywają znaczącą rolę. Marzą niemal wszyscy główni bohaterowie powieści. Marzycielem i idealistą jest Stanisław Wokulski. Głównym obiektem jego fantazji jest Izabela Łęcka. Bohater przekonany jest, że istnieje miłość idealna i jest dla niej zrobić wszystko. Wyjeżdża na niebezpieczną podróż na wojnę w Bułgarii, by zdobyć majątek. Nie pragnie jednak pieniędzy dla siebie, a tylko po to, by zbliżyć się do arystokracji. Dla Izabeli sprzedaje swój sklep, by nie być postrzegany jako kupiec. Łoży też hojne datki na dobroczynność. Zaczyna żyć po pańsku – wynajmuje dorożkę, bierze udział w wyścigach, zachowuje się, jak arystokrata. Drugim marzeniem bohatera jest wiara, że można uzdrowić polskie społeczeństwo. Pragnie uleczyć kraj i doprowadzić do jego rozwoju. Możliwe jest to dzięki zmianie postawy arystokracji i walce z nędzą. Marzycielką w utworze jest Izabela Łęcka. Ona także marzy o idealnej miłości, jednak dla niej znaczy to co innego, niż dla Wokulskiego. Symbolem obiektu jej westchnień jest posążek Apollina, który trzyma u siebie w pokoju. Dopatruje się jego cech w nowo poznanych adoratorach. Pragnie kochanka idealnego – pochodzącego z arystokracji, majętnego i przystojnego. Z przymusu przyjmuje oświadczyny Stanisława. Nie przestaje wciąż kokietować. Wychowana w luksusach ma wyidealizowany obraz świata. Inny rodzaj marzycielstwa reprezentuje Ignacy Rzecki. Wychowany w kulcie Napoleona jest mu wierny do końca swych dni. Jest przekonany, że tylko powrót dynastii Bonapartych na tron Francuski może przywrócić ład i sprawiedliwość. Jego marzycielstwo łączy się z polityczną naiwnością. Innym jego pragnieniem jest zapewnienie szczęścia przyjacielowi – Wokulskiemu. Robi wiele, by wyswatać go z Heleną Stawską. Ufa, że to idealna partnerka życiowa dla przyjaciela. Marzeniami o wielkich odkryciach żyją Julian Ochocki i profesor Geist. Pierwszy to niespełniony odkrywca. W młodości był autorem kilku wynalazków, jednak wciąż marzył o latających maszynach. Nie był typowym arystokratą, jego pasją była nauka. Geist na przekór opiniom członków Akademii Francuskiej cały swój majątek przeznaczył na własne badania. Udało mu się zmienić właściwości kilku substancji. Jego idee fixe było odkrycie metalu lżejszego od powietrza. Zaszył się w swoim domu, nie dbał o warunki materialne. Cały swój czas poświęcił na mozolne eksperymenty. O szczęściu w „Lalce” marzą też inni bohaterowie. Helena Stawska po wyjeździe jej męża marzy o ułożeniu sobie życia. Jej ideałem jest Wokulski, jednak mężczyzna poprzestaje na relacjach przyjacielskich. Prostytutka Marianna marzy o zmianie swego życia. Dzięki Stanisławowi udaje się jej to, jednak przeszłość ciąży na jej małżeństwie z Węgiełkiem . Uniemożliwia to osiągnięcie szczęścia. XII. Wędrówki za cudzemi interesami. Wokulski powoli otwierał list pani Meliton, przypominając sobie niedawne wypadki. Zdawało się mu, że w nieoświetlonej części gabinetu jeszcze widzi ciemną gęstwinę łazienkowskich drzew, niewyraźne sylwetki obdartusów, którzy mu zastąpili drogę, a później wzgórek ze studnią, gdzie Ochocki zwierzał mu się ze swych pomysłów. Lecz gdy spojrzał na światło, mgliste obrazy znikały. Widział lampę z zielonym daszkiem, stos papierów, bronzy stojące na biurku i chwilami myślał, że Ochocki ze swemi machinami latającemi i jego własna rozpacz były tylko snem. „Co on za gieniusz? — mówił do siebie Wokulski — to zwyczajny marzyciel!... I panna Izabela taka sama kobieta, jak inne... Wyjdzie za mnie — dobrze; nie wyjdzie — to przecież nie umrę“. Rozłożył list i czytał: „Panie! Ważna wiadomość: za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka. Wiem zpewnością, że zapłaci za dom tylko rubli; a w takim razie resztka posagu panny Izabeli, w kwocie rubli, przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną kombinacyą. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz pan z nastręczającą się okazyą, jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Pamiętaj pan: kobiety tak lubią być ściskane, że dla spotęgowania efektu, trzeba je niekiedy przydeptać nogą. Im zrobisz pan to bezwzględniej, tem pewniej cię pokocha. Pamiętaj pan!...“ „Zresztą możesz pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski, przyciśnięty potrzebą, sprzedał własnej żonie swoję ulubioną klacz, która w tych dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bela byłaby szczerze kontenta, gdyby ani baron, ani jego żona, nie posiadali tej klaczy w dniu wyścigów. Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a baronowa zrozpaczona, gdyby klacz, wygrawszy, komu innemu przyniosła zysk. Bardzo subtelne są te wielkoświatowe komeraże, ale spróbój je pan zużytkować. Okazya zaś nastręcza się, gdyż, o ilem słyszała, niejaki Maruszewicz, przyjaciel obojga Krzeszowskich, ma Panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj Pan, że kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i dogadzać ich kaprysom“. „Doprawdy, zaczynam wierzyć, że urodziłeś się Pan pod szczęśliwą gwiazdą, szczerze życzliwa A. M.“ Wokulski głęboko odetchnął; obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie robiła nad swoją płcią. Mocno trzymać ludzi, czy okoliczności, to leżało w naturze Wokulskiego; wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy — pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić absolutną wolność, jeżeli nie panowanie. Mimowoli spojrzał na bok; służący stał przy drzwiach. — Idź spać — rzekł. — Żaraż pójdę, tylko był tu jeszcze pan — odparł służący. — Jaki pan? — Żosztawił bilet, leży na biurku. Na biurku leżał bilet Maruszewicza. — Aha!... Cóż ten pan mówił? — On niby, żeby tak, to nicz nie mówił. Tylko pytał się: kiedy pan jeszt w domu? A ja powiedziałem: koło dziesiąty ż rana i wtedy on powiedział, że przyjdzie jutro o dziesiąty, ino na minutkę. — Dobrze, dobranoc ci. — Upadam do nóg, proszę łaski pana. Służący wyszedł, Wokulski czuł się zupełnie otrzeźwionym. Ochocki i jego latające maszyny zmalały mu w oczach. Miał znowu energią, jak wówczas, kiedy wyjeżdżał do Bułgaryi. Wtedy szedł po majątek, a dziś ma okazyą rzucić jego część dla panny Izabeli. Kłuły go wyrazy listu p. Meliton: „postawiona między biedą i wyjściem za marszałka...“ Otóż ona nigdy nie znajdzie się w tem położeniu... A wydźwignie ją nie jakiś tam Ochocki, za pomocą swojej maszyny, ale on... Czuł w sobie taką siłę, iż gdyby w tej chwili sufit z dwoma piętrami spadł mu na głowę, chyba utrzymałby go. Wydobył z biurka swój notatnik i począł rachować: Klacz wyścigowa — głupstwo... Wydam najwyżej tysiąc rubli, z których wróci się przynajmniej część... Dom rs. posag panny Izabeli rs. razem rs. Bagatela!... prawie trzecia część mego majątku... W każdym razie za dom wróci mi się ze albo i więcej... No!... trzeba skłonić Łęckiego, ażeby te mnie powierzył; będę mu płacił rubli rocznie, jako dywidendę... Chyba im wystarczy?... Konia oddam berejterowi, niech on zajmie się puszczeniem go na wyścigi... O dziesiątej będzie u mnie Maruszewicz, o jedenastej pojadę do adwokata... Pieniądze dostanę na ósmy procent — rubli rocznie; a że mam napewno piętnaście procent... No i dom coś przynosi... A co powiedzą moi wspólnicy?... Ach, dużo mnie to obchodzi!... Mam rubli rocznie, ubędzie 12— rubli, zostanie rubli... Żona moja nudzićby się nie powinna... W ciągu roku wycofam się z tej kamienicy, choćby ze stratą rubli... Wreszcie to nie jest strata, to jej posag...“ Północ. Wokulski zaczął się rozbierać. Pod wpływem jasnookreślonego celu uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki, któremi bujał wiatr, wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień. Wstał o siódmej rano, tak rzeźki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który zaczął kręcić się po pokoju. — Czegóż to chcesz? — zapytał Wokulski. — Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmi prosić, żeby pan pofatygował się i potrzymał mu dzieczko do krztu. — A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko? — Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie. — No, dobrze. Będę jego kumem. — To możeby mnie pan teraż podarował sztary szurdut, bo jakże ja będę na krzcinach?... — Dobrze, weź ten surdut. — A reperaczyja?... — O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co... — Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz. — Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do dyabła. — Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru, nie dla mego — odparł służący i wychodząc, trzasnął drzwiami. Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrem usposobieniu. Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przytem czystą herbatę. Po ukończeniu ich, napisał depeszę do Moskwy o asygnącyą na sto tysięcy rubli i drugą do agenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki. Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym, aniżeli wczoraj. — Pozwoli pan — odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania — że odrazu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycyą... — Słucham, najoryginalniejszej... — Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronowstwa) — mówił zniszczony młodzieniec — pragnie zbyć klacz wyścigową. Zaraz pomyślałem, że pan, przy swoich stosunkach, może życzyłby sobie posiadać podobnego konia... Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa konie, znacznie słabsze... — Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy? — Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów! — Pocóż więc kupiła klacz wyścigową? — Dla dwu przyczyn — odparł młody człowiek. — Najprzód baron, potrzebując pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoję ukochaną klacz a powtóre baronowa nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej za jakąkolwiek bądź cenę. — Mianowicie? — Ośmset rubli — odparł młody człowiek, spuszczając oczy. — Gdzie jest koń. — W maneżu Milera. — A dokumenta? — Oto są — odpowiedział już weselej młody człowiek, wydobywając paczkę papierów z bocznej kieszeni surduta. — Możemy zaraz skończyć? — spytał Wokulski, przeglądając papiery. — Natychmiast. — A po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia? — O naturalnie... — Niech pan pisze kwit — rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka. — Na ośmset?... naturalnie!... — mówił młody człowiek. Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła. Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył ośm sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle zmięszany, opuścił gabinet; zbiegając zaś ze schodów myślał: „Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście rubli i powiem, że dołożył je Wokulski, poznawszy bliżej zalety konia. Oni przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie jestem ukarany za moję lekkomyślność... O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę, z zamiarem udania się do adwokata. Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze, na widok jasnego paltota i białego kapelusza, współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś, chcąc ich wyminąć, omało nie rozbił tragarza, niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie policyantów, zbiegowisko i w rezultacie — dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie, własnemi powozami, odwieźli do cyrkułu. „Zła wróżba — pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło. — Pyszny interes! — mówił w sobie — idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom wygląda, ani nawet gdzie leży“. Wrócił napowrót do swego mieszkania i, w kapeluszu na głowie, z laską pod pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka minut, nim odszukał ulicę i numer. „Ładniebym się zarekomendował adwokatowi! — myślał, zchodząc ze schodów. — Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję kota w worku. Naturalnie, że odrazu skompromitowałbym albo siebie, albo... pannę Izabelę“. Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na rogu wysiadł i poszedł piechotą w jednę z poprzecznych ulic. Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami pokojówek, przyczem można było spostrzedz, że warszawska służba łatwiej odważa się myć okna na trzeciem piętrze, aniżeli własne nogi. Z wielu mieszkań odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki, albo monotonne nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych przedsiębierców. Tu i owdzie pod bramą ziewał stróż, odziany w niebieską bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie zdążyły pociemnieć jasno-zielone liście. Wogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew; lecz wiejski ten pejzaż, niestosowny dla Warszawy, zasłaniano teraz rusztowaniami i ścianą z cegły. Idąc prawym chodnikiem, dostrzegł Wokulski nalewo, mniej więcej w połowie ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele żółtych domów; jest to chyba najżółciejsze miasto pod słońcem. Ta jednak kamienica wydawała się żółciejszą od innych i na wystawie przedmiotów żółtych (jakiej zapewne doczekamy się kiedyś), otrzymałaby pierwszą nagrodę. Podszedłszy bliżej, Wokulski przekonał się, że nietylko on zwrócił uwagę na szczególną kamienicę; nawet psy, częściej tu, niż na jakimkolwiek innym murze, składały wizytowe bilety. — Do licha! — szepnął — zdaje mi się, że to właśnie jest ów dom... Istotnie, była to kamienica Łęckich. Zaczął się przypatrywać. Dom był trzypiętrowy; miał parę żelaznych balkonów i każde piętro zbudowane w innym stylu. Za to w architekturze bramy panował jeden tylko motyw, mianowicie: wachlarz. Górna część wrót miała formę rozłożonego wachlarza, którym mogłaby się chłodzić przedpotopowa olbrzymka. Na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty, które, w rogach, również ozdobiono do połowy otwartemi wachlarzami. Najcenniejszem jednak upiększeniem bramy były, umieszczone w pośrodku jej skrzydeł, dwie rzeźby, przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby niemi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy. Prawdziwą osobliwość stanowiła sień wjazdowa, posiadająca bardzo lichą podłogę, ale za to bardzo ładne krajobrazy na ścianach. Było tam tyle wzgórz, lasów, skał i potoków, że mieszkańcy domu śmiało mogli nie wyjeżdżać na letnie mieszkania. Podwórko, otoczone ze wszystkich stron trzypiętrowemi oficynami, wyglądało jak dno obszernej studni, napełnionej wonnem powietrzem. W każdym rogu były drzwi, a w jednym aż dwoje drzwi; pod oknem mieszkania stróża znajdował się śmietnik i wodociąg. Wokulski mimochodem spojrzał w klatkę głównych schodów, do których prowadziły szklanne drzwi. Schody zdawały się być mocno brudnemi; zato obok znajdowała się nisza, a w niej — nimfa z dzbankiem nad głową i utrąconym nosem. Ponieważ dzbanek miał zabarwienie amarantowe, twarz nimfy żółte, piersi zielone, a nogi niebieskie, można było odgadnąć, że nimfa stoi naprzeciw okna, posiadającego kolorowe szyby. „No, tak!...“ — mruknął Wokulski tonem, który nie zdradzał zbyt wielkiego zachwytu. W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką. — Teraz, proszę mamy, pójdziemy do ogrodu? — pytało dziecko. — Nie, kochanie. Teraz pójdziemy do sklepu, a do ogrodu po obiedzie — odpowiedziała pani bardzo przyjemnym głosem. Była to wysoka szatynka, z szaremi oczami, o klasycznych rysach. Spojrzeli na siebie oboje z Wokulskim i — dama zarumieniła się. — Zkąd ja ją znam? — pomyślał Wokulski, wychodząc z bramy na ulicę. Dama obejrzała się, lecz, spostrzegłszy go, odwróciła głowę. „Tak — myślał — widziałem ją w kwietniu na grobach, a później w sklepie. Nawet Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi. Istotnie ładne“. Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców. „Co?... Baronowa Krzeszowska na drugiem piętrze!... Co?... co?... Maruszewicz, w lewej oficynie na pierwszem?... Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro od frontu studenci... Ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze piętro — Jadwiga Misiewicz emerytka i Helena Stawska z córeczką. Z pewnością ona“. Wszedł na podwórko i oglądał się. Prawie wszystkie okna były otwarte. W tylnej oficynie na dole była pralnia, zatytułowana: paryską; na trzeciem piętrze było słychać kucie szewskiego młotka, poniżej na gzemsie gruchało parę gołębi, a na drugiem piętrze tej samej oficyny, od kilku minut rozlegały się miarowe dźwięki fortepianu i krzykliwy sopran, śpiewający gamę. — A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... Wysoko nad sobą, na trzeciem piętrze, Wokulski usłyszał silny bas męski, który mówił: — O! znowu zażyła kussiny... Już z niej wyłazi soliter... Marysiu!... chodźno do nas... Jednocześnie z okna na drugiem piętrze wychyliła się głowa kobiety wołającej: — Marysiu!... wracaj mi zaraz do domu... Marysiu!... — Słowo daję, że to pani Krzeszowska — szepnął Wokulski. W tej chwili usłyszał charakterystyczny szelest: z trzeciego piętra padł strumień wody, trafił na wychyloną głowę pani Krzeszowskiej i rozprysnął się po podwórku. — Marysiu!... choć do nas... — wołał bas. — Nikczemnicy!... — odpowiedziała pani Krzeszowska, odwracając twarz w górę. Nowy strumień wody lunął z trzeciego piętra i zatamował jej mowę. Zarazem wychylił się ztamtąd młody człowiek z czarnym zarostem i, zobaczywszy cofającą się fizyognomią pani Krzeszowskiej, zawołał pięknym basem: — Ach, to pani dobrodziejka!... Bardzo przepraszam... Odpowiedział mu z mieszkania pani Krzeszówskiej spazmatyczny płacz niewieści: — O ja nieszczęśliwa!... Przysięgnę, że to on, nikczemnik, nasadził na mnie tych bandytów... Wywdzięcza mi się, żem go wydobyła z nędzy!... Żem kupiła jego konia!... Tymczasem na dole praczki prały bieliznę, na trzeciem piętrze szewc kuł, a na drugiem — w tylnej oficynie — dźwięczał fortepian i rozlegała się wrzaskliwa gama: — A!... a!... a!... a!... a!... a!... a!... — Wesoły dom, nie ma co... — szepnął Wokulski, otrzepując krople wody, które mu spadły na rękaw. Wyszedł z podwórza na ulicę i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomość, której miał zostać panem, skręcił w Aleję Jerozolimską. Tu wziął dorożkę i pojechał do adwokata. W przedpokoju adwokata zastał parę obdartych żydków i starą kobietę w chustce na głowie. Przez otwarte drzwi nalewo widać było szafy zapełnione aktami, trzech depedentów szybko piszących i kilku gości z waszecia, z których jeden miał fizyognomią kryminalną, a reszta bardzo znudzone. Stary lokaj z siwemi wąsami i podejrzliwem wejrzeniem, zdjął z Wokulskiego palto i zapytał: — Wielmożny pan na dłuższy interes? — Na krótszy. Wprowadził Wokulskiego do sali naprawo. — Jak mam zameldować? Wokulski podał bilet i został sam. W sali były sprzęty kryte amarantowym utrechtem, jak w wagonach pierwszej klasy, — kilka ozdobnych szaf z pięknie oprawnemi książkami, które tak wyglądały, jakby ich nigdy nie czytano, — na stole zaś parę ilustracyi i albumów, które, zdaje się, oglądali wszyscy. W jednym rogu sali stał gipsowy posąg bogini Temidy, z mosiężnemi wagami i brudnemi kolanami. — Pan mecenas prosi!... — odezwał się służący przez uchylone drzwi... Gabinet znakomitego adwokata miał sprzęty kryte bronzową skórą, w oknach bronzowego koloru firanki, a na ściennych obiciach bronzowe desenie. Sam gospodarz odziany był w bronzowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem. — Byłem pewny, że dziś powitam szanownego pana u siebie — rzekł adwokat, podsuwając Wokulskiemu fotel na kółkach i prostując nogą dywan, który się nieco zmarszczył. — Jednym wyrazem — ciągnął adwokat — możemy rachować na jakieś trzysta tysięcy rubli udziałów w naszej spółce. A że do rejenta pójdziemy jak najrychlej i gotówkę ściągniemy co do grosza, w tem może pan rachować na mnie... Wszystko to mówił, akcentując ważniejsze wyrazy, ściskał Wokulskiego za rękę i obserwował go zpod oka. — A tak... spółka!... — powtórzył Wokulski, usiadłszy na fotelu. — To rzecz tych panów, ile zbiorą gotówki. — No, zawsze kapitał... — wtrącił adwokat. — Mam go bez spółki. — Dowód zaufania... — Wystarcza mi własne. Adwokat umilkł i pośpiesznie zaczął ssać dym z piórka. — Mam prośbę do mecenasa — rzekł po chwili Wokulski. Adwokat utopił w nim spojrzenie, pragnąc odgadnąć: coto za prośba? Od natury jej bowiem zależał sposób słuchania. Widocznie jednak nie odkrył nic groźnego, gdyż jego fizyognomia przybrała wyraz poważnej lecz serdecznej życzliwości. — Chcę kupić kamienicę — ciągnął Wokulski. — Już?... — spytał mecenas, podnosząc brwi i schylając głowę. — Winszuję, bardzo winszuję... Dom handlowy nie napróżno nazywa się domem... Kamienica dla kupca, jest jak strzemię dla jeźdźca; pewniej siedzi na interesach. Handel, nie oparty na tak realnej podstawie, jaką jest dom, jest tylko kramarstwem. O jakąż to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swojem zaufaniem? — Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego... — Znam — przerwał adwokat. — Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby stopniowo zmienić, w rezerwie ogród... Licytuje baronowa Krzeszowska do rubli, konkurentów zapewne nie będzie, kupimy najwyżej za rubli. — Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet i więcej — wtrącił Wokulski. — Poco?... — skoczył na fotelu adwokat. — Baronowa poza sześćdziesiąt tysięcy nie wyjdzie, domów nikt dziś nie kupuje... Wcale dobry interes... — Dla mnie będzie dobrym nawet za dziewięćdziesiąt tysięcy. — Ale lepszym za — Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika. — Wspólnika?... — zawołał adwokat. — Ależ szanowny pan Łęcki jest stanowczym bankrutem; poprostu skrzywdziłbyś go pan, naddając mu jakieś kilka tysięcy rubli. Znam pogląd jego siostry, hrabiny, na tę sprawę... W chwili, gdy pan Łęcki zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza córka, którą wszyscy uwielbiamy, wyjdzie za barona albo marszałka... Oczy Wokulskiego tak dziko błysnęły, że adwokat umilkł. Przypatrywał mu się, rozmyślał... Nagle uderzył się ręką w czoło. — Szanowny pan — rzekł — jesteś zdecydowany dać rubli za tę ruderę?... — Tak — odparł głucho Wokulski. — Sześćdziesiąt od dziewięćdziesięciu... posag panny Izabeli... — mruknął adwokat. — Aha!... Fizyognomia i cała postawa jego zmieniła się do niepoznania. Pociągnął z wielkiego bursztynu ogromny kłąb dymu, rozparł się na fotelu i trzęsąc ręką w stronę Wokulskiego, mówił: — Rozumiemy się, panie Wokulski. Wyznam ci, że jeszcze przed pięcioma minutami podejrzewałem cię, sam nie wiem o co, bo interesa twoje są czyste. Ale w tej chwili, wierz mi, masz we mnie tylko człowieka życzliwego i... sprzymierzeńca... — Teraz ja pana nie rozumiem — szepnął, spuszczając oczy, Wokulski. Adwokatowi na policzkach wystąpiły ceglaste rumieńce. Zadzwonił — wszedł służący. — Nie wpuszczać tu nikogo, dopóki nie zawołam — rzekł. — Słucham pana mecenasa — odparł markotny lokaj. Znowu zostali we dwu. — Panie... Stanisławie — zaczął adwokat. — Pan wie, co to jest nasza arystokracya i jej dodatki?... Jestto parę tysięcy ludzi, którzy wysysają cały kraj, topią pieniądze zagranicą, przywożą ztamtąd najgorsze nałogi, zarażają niemi klasy średnie, niby to zdrowe i — sami giną bez ratunku: ekonomicznie, fizyologicznie i moralnie. — Gdyby zmusić ich do pracy, gdyby skrzyżować z innemi warstwami, może... byłby z tego jaki pożytek, bo jużci są to organizacye subtelniejsze od naszych. Rozumie pan... skrzyżować, ale... nie wyrzucać na podtrzymanie ich rubli. Otóż do skrzyżowania pomagam panu, ale do strwonienia rubli — nie!... — Nic nie rozumiem pana — odparł cicho Wokulski. — Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota: nieufność, leczyć z niej pana nie będę. Tyle ci powiem: Łęcki bankrut, może zostać... krewnym, nawet kupca, a tem bardziej kupca-szlachcica. Ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami rubli w kieszeni!... — Panie mecenasie — przerwał Wokulski — czy zechce pan w mojem imieniu stanąć do licytacyi tego domu? — Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy. Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę. — A jeżeli znajdzie się trzeci licytant? — Ha! W takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi. Wokulski wstał. — Dziękuję panu — rzekł — za parę słów szczerszych. Ma pan racyą, ale i ja mam moje racye... Pieniądze przyniosę panu jutro; teraz — do widzenia... — Żal mi pana — odpowiedział adwokat, ściskając go za rękę. — Dlaczegoż to? — Dlatego panie, że: kto chce zdobyć, musi zwyciężyć, zdusić przeciwnika, nie zaś karmić go z własnej spiżarni. Popełniasz pan błąd, który cię raczej odsunie aniżeli zbliży do celu. — Myli się pan. — Romantyk!... romantyk!... — powtarzał adwokat z uśmiechem. Wokulski wybiegł z domu adwokata i wsiadłszy w dorożkę, kazał się wieść w stronę ulicy Elektoralnej. Był zirytowany tem, że adwokat odkrył jego tajemnicę, i tem, że krytykował jego metodę postępowania. Naturalnie, że: kto chce zdobyć, musi zdusić przeciwnika; ależ tu zdobyczą miała być panna Izabela!... Wysiadł przed niepozornym sklepikiem, nad którym wisiał czarny szyld z żółtawym napisem: „Kantor wekslu i loteryi, S. Szlangbauma". Sklep był otwarty; za kontuarem obitym blachą i od publiczności oddzielonym drucianą siatką, siedział stary żyd z łysą głową i siwą brodą, jakby przylepioną do Kuryera. — Dzień dobry, panie Szlangbaum! — zawołał Wokulski. Żyd podniósł głowę i z czoła zsunął okulary na oczy. — Ach, to pan dobrodziej?... — odparł, ściskając go za rękę. Coto, czy już i pan patrzebuje pieniędzy?... — Nie — odpowiedział Wokulski, rzucając się na wyplatane krzesło przed kontuarem. A ponieważ wstyd mu było odrazu objaśnić: poco przyszedł, więc spytał: — Cóż słychać, panie Szlangbaum? — Źle! — odpowiedział starzec. — Na żydów zaczyna się prześladowanie. Może to i dobrze. Jak nas będą kopać i pluć i dręczyć, wtedy może upamiętają się i te młode żydki, co jak mój Henryk, poubierali się w surduty i nie zachowują swoje religie. — Kto was prześladuje! — odparł Wokulski. — Pan chce dowody?.. — spytał żyd. — Ma pan dowód w ten Kuryeru. Ja, onegdaj, posłałem do nich szaradę. Pan zgaduje szarady?... Posłałem taką: „Pierwsze i drugie — to jest zwierz kopytkowy, Pierwsze i trzecie — ozdabia damskie głowy; Wszystkie razem na wojnie strasznie goni, Niech nas Pan Bóg od tego zabroni“. Pan wie, co to?... Pierwsze i drugie — to jest: ko-za; pierwsze i trzecie — to jest ko-ki, a wszystkie — to są: ko-za-ki. A pan wie, co oni mi odpisali?... Zaraz... Podniósł Kuryer i czytał: — Odpowiedzie od redakcye. Panu W. W. Encyklopedye większe Orgelbranda... Nie to... Panu Motylkowi. Frak kładzie się... Nie to... A, jest!... Panu S. Szlangbaumowi: pańska szarada polityczna, nie jest gramatyczna. — Proszę pana: co tu jest z polityki? Żebym ja napisał szaradę o Dizraeli, albo o Bismarck, to byłaby polityka, ale: o kozaki, to przecie nie jest polityka, tylko wojskowość. — Ale gdzież w tem prześladowanie żydów? — spytał Wokulski. — Zaraz powiem. Pan sam musiał bronić od prześladowcy mego Henryka; ja to wszystko wiem, choć nie on mi mówił. A teraz o szaradę. Jak ja pół roku temu odniosłem moję szaradę do pana Szymanowskiego, to on mnie powiedział: „Panie Szlangbaum, my te szarade drukować nie będziemy, ale ja panu radzę, co lepiej byś pan pisał szarade, aniżeli brał procentów“. A ja mówię: „Panie redaktorże, jak mnie pan da tyle za szarady, co ja mam z procenty, to ja będę pisał“. A pan Szymanowski na to: „My, panie Szlangbaum, nie mamy takie pieniądze, żeby za pańskie szarady płacić“. To powiedział sam pan Szymanowski, słyszy pan? Nu, a oni mnie dzisiaj piszą w Kuryerku, że to niepolitycznie i niegramatycznie!... Jeszcze pół roku temu gadali inaczej. — A co teraz drukują w gazety na żydków!... Wokulski słuchał historyi o prześladowaniu żydów, patrząc na ścianę, gdzie wisiała tabelka loteryjna i bębniąc palcami w kontuar. Ale myślał o czem innem i wahał się. — Więc ciągle zajmujesz się szaradami, panie Szlangbaum? — spytał. — Coto ja!... — odparł stary żyd. — Ale ja panie, mam po Henryku wnuczka, co mu dopiero dziewięć lat i niechno pan słucha, jaki on do mnie w tamten tydzień list napisał. — Mój dziadku — on pisał, ten mały Michaś — ja potrzebuje takie szarade: Pierwsze znaczy dół, drugie — przeczenie. Wszystko razem kortowe odzienie. A jak dziadzio — on pisał, Michaś — zgadnie, to niech mi dziadzio przyszle sześć rubli na ten kortowy interes. — Ja się rozpłakałem, panie Wokulski, jakiem przeczytał. Bo ten pierwszy dół, to znaczy: spód, a przeczenie, to jest nie — a wszystkie razem, to są spodnie. Ja się spłakałem, panie Wokulski, co takie mądre dziecko, przez upartość Henryka, chodzi bez spodnie. Ale ja mu odpisałem: „Mój kochaneczku. Bardzo jestem kontent, że ty od dziadusia nauczyłeś się układać szarady. Ale, żebyś ty jeszcze nauczył się oszczędności, to ja tobie na te kortowe odzienie posyłam tylko cztery ruble. A jak ty się będziesz dobrze uczył, to ja tobie po wakacye sprawie takie szarade: Pierwsze znaczy po niemiecku usta, drugie godzina. Wszystkie kupuje się dziecku — jak do gimnazye chodzić zaczyna“. To znaczy: mund—ur; pan odrazu zgadł, panie Wokulski? — Więc i cała pańska rodzina bawi się szaradami? — wtrącił Wokulski. — Nietylko moja — odpowiedział Szlangbaum. — U nas, panie, niby u żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin, albo rozwiązują sobie: szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego żydzi mają rozum i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko się robi przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość. Ostatnie wyrazy uderzyły Wokulskiego. On przecież zdobywał pannę Izabelę mądrością i cierpliwością... Jakaś otucha wstąpiła mu w serce, przestał wahać się i nagle rzekł: — Mam do pana prośbę panie Szlangbaum... — Pańskie prośbe tyle znaczy dla mnie co rozkaz, panie Wokulski. — Chcę kupić dom Łęckiego... — Znam go. On pójdzie za sześćdziesiąt parę tysięcy. — Chcę, żeby poszedł za dziewięćdziesiąt tysięcy i potrzebuję kogoś, ktoby licytował do tej sumy. Żyd szeroko otworzył oczy. — Jakto?... Pan chce zapłacić drożej o rubli?... — spytał. — Tak. — Przepraszam, ale nie rozumiem. Bo żeby panu dom sprzedawali, a Łęcki chciał jego kupić, wtedy pan miałby interes podbijać cenę. Ale jak pan kupuje, to pan ma interes zniżyć wartość... — Mam interes zapłacić drożej. Starzec potrząsnął głową i odezwał się pochwili: — Żebym ja pana nie znał, tobym myśłał, że pan robi zły interes; ale że ja pana znam, więc ja sobie myślę, co pan robi... dziwny interes. Nietylko pan zakopuje w mury gotówkę i traci na tem z dziesięć procentów rocznie, ale jeszcze chce pan zapłacić rubli więcej... Panie Wokulski — dodał biorąc go za rękę — nie zrób pan takie głupstwo. Ja pana proszę... Stary Szlangbaum pana prosi... — Wierz mi pan, że dobrze na tem wyjdę... Żyd nagle podniósł palec do czoła. Błysnęły mu oczy i zęby białe jak perły. — Ha! ha!... — zaśmiał się. — Nu, jaki ja już stary jestem, żem odrazu tego nie pomiarkował... Pan, panu Łęckiemu da rubli, a on panu ułatwi interes może na rubli... Git!... Ja panu dam licytanta, co on za piętnaście rubelków podbije cenę domu. Bardzo porządny pan, katolik, tylko jemu nie można dawać vadium do ręki... Ja panu dam jeszcze jakie dystyngowane damę, co także za dziesięć rubelków będzie podbijać... Ja mogę dać jeszcze z pare żydki, po pięć rubelków... Zrobi się taka licytacya, co pan może zapłacić za ten dom choćby 150 tysięcy i nikt nie zmiarkuje jaki jest interes... Wokulskiemu było trochę przykro. — W każdym razie sprawa zostaje między nami — rzekł. — Panie Wokulski — odparł żyd uroczyście — ja myślę, że pan nie potrzebował to powiedzieć. Pański sekret, to mój sekret. Pan ujął się za mój Henryczek, pan nie prześladuje żydów... Pożegnali się i Wokulski wrócił do swego mieszkania. Tam zastał już Maruszewicza, z którym pojechał do rajtszuli, obejrzeć kupioną klacz. Rajtszula składała się z dwu połączonych ze sobą budynków, tworzących jednę całość w formie szlify. W części okrągłej mieścił się maneż, w prostokątnej stajnie. W chwili gdy Wokulski z Maruszewiczem weszli tam, odbywała się lekcya konnej jazdy. Czterech panów i jedna dama jeździli, koń za koniem, wzdłuż ścian maneża; na środku stał dyrektor zakładu, mężczyzna z miną wojskową, w granatowej kurtce, białych obcisłych spodniach i wysokich butach z ostrogami. Byłto pan Miller; komenderował jeźdźcami, pomagając sobie w tej czynności długim batem, którym od czasu do czasu podcinał źle manewrującego konia, przyczem krzywił się jeździec. Wokulski zauważył naprędce, że jeden z panów, który jeździł bez strzemion, trzymając prawą rękę za plecami, ma minę łobuza, że drugi z nich pragnie zająć na koniu stanowisko środkujące między szyją a zadem, a czwarty wygląda tak, jakby w każdej chwili usiłował zsiąść z konia i już do końca życia nie ćwiczyć się w ekwitacyi. Tylko dama w amazonce jeździła śmiało i zręcznie, co Wokulskiemu nasunęło myśl, że na świecie niema dla kobiet pozycyi ani niewygodnej, ani niebezpiecznej. Maruszewicz zapoznał swego towarzysza z dyrektorem. — Właśnie czekałem na panów i natychmiast służę. Panie Szulc!... Wbiegł pan Szulc, młody blondyn, odziany również w granatową kurtkę, lecz jeszcze wyższe buty i obciślejsze spodnie. Z wojskowym ukłonem wziął do ręki symbol dyrektorskiej władzy i zanim Wokulski opuścił maneż, przekonał się, że Szulc, mimo młodego wieku, energiczniej włada batem, aniżeli sam dyrektor. Drugi bowiem pan aż syknął, a czwarty rozpoczął formalną kłótnię. — Pan — rzekł dyrektor do Wokulskiego — przyjmuje klacz barona ze wszelkiemi przynależytościami: siodłami, derami i tam dalej?... — Naturalnie. — W takim razie mam u pana sześćdziesiąt rubli za stajnią, której pan Krzeszowski nie opłacił. — Trudna rada. Weszli do stajenki widnej jak pokój, nawet ozdobionej dywanami, nie zbyt zresztą cennemi. Żłób był nowy i pełny, drabina tożsamo, na podłodze leżała świeża słoma. Pomimo to, bystre oko dyrektora dojrzało jakąś niestosowność, krzyknął bowiem: — Cóżto za porządek, panie Ksawery, do stu par dyabłów!... Czy w pańskiej sypialni konserwują się takie rzeczy?. .. Drugi pomocnik dyrektora ukazał się tylko na chwilę. Spojrzał, zniknął i z kurytarza zawołał: — Wojciech!... do stu tysięcy dyabłów... Zaraz mi zrób porządek, bo ci to wszystko każę położyć na stole... — Szczepan!... cholero jakiś... — odezwał się trzeci głos, za przepierzeniem. — Jak mi jeszcze raz, pieskie nasienie, tak stajnią zostawisz, to ci każę zbierać zębami... Jednocześnie rozległo się kilka tępych uderzeń, jakby ktoś pochwycił kogoś drugiego za głowę i uderzał nią o ścianę. Niebawem zaś, przez okno stajni, zobaczył Wokulski młodzieńca, z metalowemi guzikami przy kurtce, który wybiegł na podwórze po miotłę i znalazłszy takową, mimochodem zwalił przez łeb gapiącego się żydka. Jako przyrodnik podziwiał Wokulski tę nową formę prawa zachowania siły, gdzie gniew dyrektora w tak szczególny sposób zawędrował aż do istoty, znajdującej się poza rajtszulą. Tymczasem dyrektor kazał wyprowadzić klacz do kurytarza. Byłoto piękne zwierzę na cienkich nóżkach, z małą główką i oczyma, z których przeglądał dowcip i rzewność. Klaczka w przechodzie zwróciła się do Wokulskiego, wąchając go i chrapiąc, jakby w nim odgadła pana. — Już pana poznała — rzekł dyrektor. -— Niech jej pan da cukru... Piękna klacz!... To mówiąc, wydobył z kieszeni kawałek brudnej substancyi, nieco zalatującej tytuniem. Wokulski podał to klaczy, która bez namysłu zjadła. — Zakładam się o pięćdziesiąt rubli, że wygra!... — zawołał dyrektor. — Trzyma pan? — Owszem — odpowiedział Wokulski. — Wygra niezawodnie. Dam doskonałego dżokieja, a ten poprowadzi ją według mojej instrukcyi. Ale gdyby została przy baronie Krzeszowskim, niech mnie piorun trzaśnie, przywlokłaby się trzecia do mety. Zresztą, nawet nie trzymałbym jej na stajni... — Dyrektor jeszcze nie może uspokoić się — wtrącił ze słodkim uśmiechem Maruszewicz. — Uspokoić się!... — krzyknął dyrektor, czerwieniejąc z gniewu. — No, niech pan Wokulski osądzi, czy mogę nadal utrzymywać stosunki z człowiekiem, który opowiadał, że ja sprzedałem w lubelskie konia, co miał koler!... Takich rzeczy — wołał, coraz mocniej podnosząc głos — nie zapomina się, panie Maruszewicz. I gdyby hrabia nie załagodził afery, pan Krzeszowski miałby dziś kulę w udzie... Ja sprzedałem konia, co miał koler!... Żebym miał zapłacić od siebie sto rubli, klacz wygra... Żeby miała paść... Przekona się pan baron... Koń miał koler... Ha! ha! ha!... — wybuchnął demonicznym śmiechem dyrektor. Po obejrzeniu klaczy, panowie udali się do kancelaryi, gdzie Wokulski uregulował należne rachunki, przysięgając sobie, nie mówić o żadnym koniu, że ma koler. Na pożegnanie zaś, odezwał się: — Czy nie mógłbym, dyrektorze, wprowadzić tę klacz na wyścigi bezimiennie? — Zrobi się. — Ale... — O! niech pan będzie spokojny — odparł dyrektor, ściskając go za rękę. Dla dżentlmena dyskrecya jest pierwszą cnotą. Spodziewam się, że i pan Maruszewicz... — O!.. — potwierdził Maruszewicz, trzęsąc głową i ręką w taki sposób, że o tajemnicy, pogrzebanej w jego piersiach, nie można było wątpić. Wracając obok maneżu, Wokulski znowu usłyszał trzaśnięcie batem, po którem czwarty pan znowu rozpoczął kłótnią z zastępcą dyrektora. — To jest niedelikatność, mój panie!.. — krzyczał czwarty. — Odzienie mi popęka... — Wytrzyma — odparł flegmatycznie pan Szulc, trzaskając batem w kierunku drugiego pana. Wokulski opuścił rajtszulę. Gdy pożegnawszy się z Maruszewiczem, siadał w dorożkę, przyszła mu szczególna myśl do głowy: — Jeżeli ta klacz wygra, to panna Izabela pokocha mnie... I nagle zawrócił się; jeszcze przed chwilą obojętne zwierzę, stało mu się sympatycznem i interesującem. Wchodząc powtórnie do stajenki, usłyszał znowu charakterystyczny łoskot głowy ludzkiej uderzanej o ścianę. Jakoż istotnie z sąsiedniego przedziału wybiegł mocno zarumieniony chłopak stajenny, Szczepan, z włosami ułożonemi w taki wicherek, jakby mu dopieroco wyjęto z nich rękę, a zaraz po nim ukazał się i furman Wojciech, który ocierał o kurtkę nieco zatłuszczone palce. Wokulski dał starszemu trzy ruble, młodszemu rubla, i obiecał im na przyszłość gratyfikacye, byle tylko klaczka nie miała krzywdy. — Będę jej panie doglądał lepiej niż własnej żony — odpowiedział Wojciech z niskim ukłonem. — Ale i stary jej nie skrzywdzi, owszem... Na wyścigu, panie, pójdzie kobyłka jak szkło... Wokulski wszedł do stajenki i z kwadrans przypatrywał się klaczy. Niepokoiły go jej delikatne nóżki i sam drżał, na widok dreszczów przebiegających jej aksamitną skórę, myślał bowiem, że może zachorować. Potem objął ją za szyję, a gdy oparła mu na ramieniu główkę, całował ją i szeptał: — Gdybyś ty wiedziała, co od ciebie zależy!... gdybyś wiedziała... Odtąd po parę razy na dzień jeździł do maneżu, karmił klacz cukrem i pieścił się z nią. Czuł, że w jego realnym umyśle zaczyna kiełkować coś, jakby przesąd. Uważał to za dobrą wróżbę, gdy klacz witała go wesoło; lecz gdy była smutna, niepokój poruszał mu serce. Już bowiem, jadąc do maneżu, mówił sobie: „jeżeli zastanę ją wesołą, to mnie panna Izabela pokocha“. Niekiedy budził się w nim rozsądek; wówczas opanowywał go gniew i pogarda dla samego siebie. „Cóżto — myślał — czy moje życie ma zależeć od kaprysu jednej kobiety?... Czy nie znajdę stu innych?... Alboż pani Meliton nie obiecywała, że mnie zapozna z trzema, z czterma równie pięknemi?... Raz, dolicha, muszę się ocknąć!“... Ale zamiast ocknąć się, coraz głębiej zapadał w opętanie. Zdawało mu się, w chwilach świadomości, że na ziemi jeszcze chyba istnieją czarodzieje i, że jeden z nich rzucił na niego klątwę. Wtedy mówił z trwogą: „Ja nie jestem ten sam... Ja robię się jakimś innym człowiekiem... Zdaje mi się, że mi ktoś zamienił duszę!“... Chwilami znowu zabierał w nim głos przyrodnik i psycholog: „Oto — szeptał mu gdzieś w głębi mózgu — oto, jak mści się natura za pogwałcenie jej praw. Zamłodu lekceważyłeś serce, drwiłeś z miłości, sprzedałeś się na męża starej kobiecie, a teraz masz!... Przez długie lata oszczędzany kapitał uczuć, zwraca ci się dziś z procentem“... „Dobrzeto — myślał — ale w takim razie powinienem zostać rozpustnikiem; dlaczegóż więc myślę o niej jednej?“ „Licho wie — odpowiadał oponent. — Może właśnie ta kobieta najlepiej nadaje się do ciebie. Może naprawdę, jak mówi legienda, dusze wasze stanowiły kiedyś, przed wiekami, jednę całość?... „Więc i ona powinnaby mnie kochać... — mówił Wokulski. A potem dodawał: — jeżeli klacz wygra na wyścigach, będzie to znakiem, że mnie panna Izabela pokocha... Ach! stary głupcze, waryacie, do czego ty dochodzisz?“... Na parę dni przed wyścigami, złożył mu w mieszkaniu wizytę hrabia-anglik, z którym zaznajomił się podczas sesyi u księcia. Po zwykłem powitaniu, hrabia usiadł sztywnie na krześle i rzekł: — Z wizytą i z interesem — tek!.. Czy wolno?... — Służę hrabiemu. — Baron Krzeszowski — ciągnął hrabia — którego klacz nabył pan, zresztą najzupełniej prawidłowo — tek — ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o ustąpienie mu jej... Cena nie stanowi nic... Baron porobił duże zakłady... Proponuje tysiąc dwieście rubli... Wokulskiemu zrobiło się zimno; gdyby sprzedał klacz, panna Izabela mogłaby nim pogardzić. — A jeżeli i ja mam moje widoki na tę klacz, panie hrabio?... — odparł. — W takim razie pan ma słuszne pierwszeństwo, tek — wycedził hrabia. — Zdecydował pan kwestyą — rzekł Wokulski z ukłonem. — Czy tek?... Bardzo żałuję barona, ale pańskie prawa są lepsze. Wstał z krzesła jak automat na sprężynach, i pożegnawszy się, dodał: — Kiedyż do rejenta, drogi panie, z naszą spółką?... Namyśliwszy się, przystępuję z pięćdziesięcioma tysiącami rubli... Tek. — To już zależy od panów. — Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan całą moję sympatyą i szacunek, tek, bez względu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tek był pewnym, że mu pan ustąpi konia... — Nie mogę. — Pojmuję pana — zakończył hrabia. — Szlachcic, choćby się odział w skórę przemysłowca, musi wyleść z niej przy lada okazyi. Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przedewszystkiem szlachcicem i to w angielskiej edycyi, jakim każdy z nas być powinien. Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Wokulski przyznawał w duszy, że ten oryginał udający maryonetkę, ma jednak dużo sympatycznych przymiotów. „Tak! — szepnął — z tymi panami przyjemniej żyć, aniżeli z kupcami. Oni są naprawdę ulepieni z innej gliny“... A potem dodał: „I dziwić się, że panna Izabela pogardza takim jak ja, wychowawszy się wśród takich, jak oni... No, ale co oni robią na świecie i dla świata?... Szanują ludzi, którzy mogą dać piętnasty procent od ich kapitałów... To jeszcze nie zasługa“. — Tam do licha! — mruknął, strzelając z palców — a zkąd oni wiedzą, że ja kupiłem klacz?... Bagatela!... przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za pośrednictwem Maruszewicza... Zresztą zaczęsto bywam w maneżu, wie o mnie cała służba... Eh! Zaczynam już palić głupstwa, jestem nieostrożny... Nie podobał mi się ten Maruszewicz... Zdecydowany, uparty, umiejący osiągać cele, które sobie wyznaczył, jednocześnie człowiek o silnej osobowości, dobry i uczciwy, realista. Wokulski to potomek zubożałej szlachty, pracuje w sklepie a jednocześnie studiuje na uniwersytecie. Jest patriotą, za udział w powstaniu styczniowym zostaje zesłany na Syberię. Zakochany w Izabeli, jej podporządkowuje swoje życie i pracę, robi wszystko by ją zdobyć, ponieważ jest człowiekiem, który wyznaczywszy sobie cel w życiu, musi go osiągnąć albo zginąć – jak o Wokulskim mówi doktor Szuman. Wokulski ma przy tym dobre serce, wędrując po ubogich dzielnicach Warszawy zarzuca sobie szaleństwo – za pieniądze, które wydaje na Izabelę, mógłby poprawić los setek biednych rodzin. Stanisław pomaga ubogim, czyni to z dobroci serca, w odróżnieniu od arystokratów, którzy publiczne kwesty traktują jako jeszcze jedną okazję do spotkań i plotek. Korzystając ze swego majątku i znajomości, Wokulski próbuje założyć spółkę do handlu z Rosją, dzięki której do Warszawy trafiałyby tańsze towary. Stanisław jest niespełnionym naukowcem, marzył o takiej karierze, ale konieczność zarabiania na chleb spowodowała, że jej nie zrealizował. W testamencie zapisuje spory majątek Ochockiemu, jedynemu przedstawicielowi arystokracji, który ma ambicje i cele. Najbardziej widocznym wątkiem powieści Bolesława Prusa pt.“Lalka” jest wątek miłosny, który skupia się głównie na postaciach Stanisława Wokulskiego i Izabeli Łęckiej. Wokulski jest to przedstawiciel nie tylko epoki pozytywizmu, ale także romantyzmu. Kochał Izabelę jak romantyk - szalenie, beznadziejnie, idealizując obiekt swojego uczucia, a zdobywał jak pozytywista - przez bogacenie się walczy o względy ukochanej. Stanisław po raz pierwszy zobaczył Łęcką w teatrze. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Była to miłość nieodwzajemniona, gdyż ona jako dama wywodząca się z arystokracji nie zwracała uwagi na biednego artykuł aby odblokować treśćNajbardziej widocznym wątkiem powieści Bolesława Prusa pt.“Lalka” jest wątek miłosny, który skupia się głównie na postaciach Stanisława Wokulskiego i Izabeli jest to przedstawiciel nie tylko epoki pozytywizmu, ale także romantyzmu. Kochał Izabelę jak romantyk - szalenie, beznadziejnie, idealizując obiekt swojego uczucia, a zdobywał jak pozytywista - przez bogacenie się walczy o względy po raz pierwszy zobaczył Łęcką w teatrze. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Była to miłość nieodwzajemniona, gdyż ona jako dama wywodząca się z arystokracji nie zwracała uwagi na biednego sklepikarza. Izabela nie jest zdolna do okazywania uczuć, do miłości. Zdaje sobie sprawę z tego, że Wokulski ją kocha, lecz mimo to ignoruje go. Jest oziębła i oschła. Dla niej liczy się tylko ona sama. Bohater dostrzega wszystkie różnice dzielące go z ukochaną, wielokrotnie zastanawia się, czy dobrze ulokował swoje uczucia. Niejednokrotnie Izabela wystawiała jego miłość na próbę. Oficjalnie spotykała się z innymi mężczyznami, nie stroniła od licznych flirtów i zabaw. mimo to Stanisław pozwala rozwijać się jego uczuciu względem Izabeli. Wokulski wiele razy był załamany i przybity. Próbował nawet popełnić samobójstwo. Przełom w uczuciach Bohatera nastąpił w czasie podróży do Krakowa. Stanisław towarzyszył Izabeli i jej ojcu. Do przedziału dosiadł się kuzyn Izabeli, Starski. Łęcka dyskutowała ze Starskim po angielsku sądząc, że Wokulski nie zna tego języka. Dawała mu do zrozumienia, że wychodzi za mąż za Stanisława nie z miłości, ale licząc jedynie na jego majątek. Wokulski zrozumiał każde słowo z tej rozmowy. poczuł się bardzo dotknięty i podjął decyzję o powieści Prusa oprócz wyeksponowanej na pierwszy plan miłości Wokulskiego, znaleźć można również inne poboczne wątki miłosne. Przykładem jest nieodwzajemniona miłość Stawskiej do Wokulskiego. Uczucie nie zostało jednak odwzajemnione przez Stanisława, który całkowicie zatracił się w uczuciu do Izabeli. Bohaterowie Lalki prezentują różne spojrzenie na miłość. Doktor Szuman miłość postrzega wyłącznie przez pryzmat nauki. Na temat miłości ma swoją własną teorie, przyjmuje sceptyczną postawę, mówi że jest ona ‘obrzydliwym handlem opartym na oszustwie’.Przeciwnym do uczucia Wokulskiego czy Stawskiej jest szczęśliwa i odwzajemniona miłość Węgiełka i Marianny. Mężczyzna zna przeszłość dziewczyny, wie że sprzedawała swoją godność, aby przeżyć, że zmusił ją do tego głód. Mimo wszystko kocha ją i pragnie się z nią ożenić.“Lalka” to nie tylko powieść o miłości międzyludzkiej lecz również o miłości do pieniędzy i wszelkich wygód. Arystokraci w utworze pisarza są przedstawieni jako ludzie rozpustni, obłudni, mający wysokie mniemanie o sobie. Tytuł i majątek to jedyne wartości przez nich wyznawane. Nie mają szacunku dla pracy, przyczyniając się w ten sposób do pogarszania sytuacji gospodarczej i społecznej. Z pogardą patrzą na ludzi niższych w lalce ma bardzo duże znaczenie. Najlepszym przykładem jest Wokulski. Zdobywa majątek aby dostać się do salonów arystokracji i zabiegać o pannę Izabelę. Jednak to właśnie miłość zgubiła Wokulskiego. Poświęca on wszystko dla ukochanej przez co staje się bohaterem wypracowanialalka watek milosnyWątek miłosny. Najbardziej widocznym wątkiem powieści jest wątek miłosny. Jego zasadniczy zrąb osnuty jest wokół postaci Wokulskiego i Izabeli, ale jest jeszcze kilka innych par a także osoby związane z Wokulskim (Stawska) oraz z Łęcką (Starski i przygodni adoratorzy). Od pewnego momentu życie kupca organizuje tylko i wyłącznie uczucie do Izabeli. Można więc mówić, że wątek miłosny jest wątkiem głównym, gdyż dotyczy bezpośrednio losów Wokulskiego, na które składa się akcja powieści.

lalka izabela i wokulski